Z dna oka - Potyczka 15
Spotkanie
Dawida z Goliatem
Rozdział 15
| Serwis Subaru |
Rzegotka kontra serwis - jak Dawidek wygrał z Goliatem
Czytałem Irwinga - „Wzlot i upadek Luftwaffe".
Panie Boże! Daj mi chociaż jedną babę dziennie.
- Im starszą - tym lepiej!
Amen.
- A kto się tak żarliwie i przedziwnie modli?
- Jak to kto? - serwis samochodowy, oczywiście!
Za fajera siedzę dłużej aniżeli chciałbym się do tego przyznać. Właśnie ze względu na moje długoletnie doświadczenie za kółkiem, wiem jak ważna jest sprawność samochodu.
Wyznaję świętą zasadę, że jeśli ja będę dbał o autko, to ono zadba o mnie. Bo profilaktyka to wielką rzecz - nie tylko w motoryzacji zresztą - jest!
Oczywiście nie mogę mieć wpływu na faceta (rzadziej facetkę), który po alkoholu czy narkotykach wyskoczy na setce z bocznej ulicy i będzie usiłował mnie staranować. Ale za sprawność mojej bryczki odpowiadam wyłącznie ja sam.
Sama profilaktyka to jeszcze nie wszystko - trzeba jeszcze znaleźć mechanika, któremu się ufa. To fakt, że trzeba go ze świecą szukać. A jak się znajdzie, trzeba kochać, hołubić, doceniać i na rencach nosić. Nawet za cenę przepukliny. Oczywizda! - z bele czym nie pędzę w objęcia mechanika, ale kanału nie będę kopał w moim ogródku, bo i po co.
W Polsce miałem wypracowany własny „system naprawczy". Wszyscy znają przysłowie: „kto smaruje - ten jedzie" - prawda? Więc smarowałem. Czystą, hojną rączką smarowałem brudną, spracowaną rękę i pewnie dlatego jeździłem bezproblemowo. Każdy z mechaników wiedział, że po przeglądzie kolorowy papierek o solidnym nominale zmieni właściciela. W zamian za ten drobny gest, tenże mechanik prowadził moje auto troskliwie, jak oddany doktor prowadzi pacjenta.
Tu w firmowym serwisie jestem anonimowy. Nie mam twarzy. Dalej niż recepcją nie przebrnę. Klienci do hali naprawczej wstępu nie mają. Nie mam pojęcia kto i co grzebie przy moim aucie. Tutaj już z trzy razy wrobiono by Rzegotkę w wymianę rozrządu na nowy - tylko po to by policzono. A za rzekomą robociznę, jeszcze ze dwa albo trzy razy tyle.
Myjąc na publicznej myjni "koszulę" Rzegotki (powiedziała po pierwszej jeździe tym autkiem, że pasuje jej tak, jak jej nocna koszula), zobaczyłem że licznik po następnych 170 km. przekroczy limit gwarancji. Więc trzeba koszulę odprowadzić do warsztatu na ostatni przegląd w ramach gwarancji. Odprowadziła autko do firmowego warsztatu. Przywitano ją z ukłonem - kto by się nie ucieszył, jak się baba sama podkłada. Poprosiła o ostatni serwis i zapytała co obejmuje. Obdarzyli ją listą, z której wynikało, że sprawdzą każdą z wymienionych 25 pozycji i przeprowadzą rotację kół. Odnotowali numer komórki.
Podjechała córka i udały się na kawę i szaleństwo po butikach.
Trochę się zmartwiła, kiedy już po niecałych dwóch godzinach zadzwonili. Pomyślała, że pewnie w samochodzie „znaleźli" jakąś usterkę wymagającą natychmiastowej naprawy. Lecz, o dziwo! - nic z tych rzeczy. Auto było po prostu gotowe do odebrania.
Córka podwiozła ją pod recepcję. Zanim weszła do środka, podeszła na chwilę do autka stojącego już na parkingu. Ot tak sobie. Pooglądać.
| Rzegotka + koszula |
W recepcji uśmiechnięty, usłużny pan podał kluczyki wraz z rachunkiem. Rzuciła okiem przelotnie, tylko po to aby się upewnić o czym już od 5 minut dobrze wiedziała. Po czym głośno, tak aby wszyscy dookoła usłyszeli, oświadczyła że za rotację kół NIE zapłaci! - gdyż rotacja nie została dokonana. Usłużny pan zesztywniał. Błyskawicznie starł uśmiech z twarzy i zaperzony zaczął się drzeć, że to nieprawda, że on sam widział jak mechanik zdejmował koła, bo jakże by inaczej mógłby dostać się do hamulców. Na co odparła grzecznie, że skoro miał je już zdjęte, to dlaczego ich nie zamienił, he?
Pan jest czerwony z wściekłości. Jak może takie kalumnie rzucać - zaryczał. Rzegotka zaś spokojniutko: „żadne kalumnie, tylko fakty proszę pana. Bo ja mam wszystkie cztery koła dokładnie zamarkowane. Teraz już mogę panu pokazać gdzie, albowiem ja tu do was nigdy więcej nie wrócę. Come on. Idziemy!"
Jeszcze buńczuczny, jeszcze pyszczący biegł za nią na parking. A za nimi, gęsiego, truchcikiem, wszyscy przygodni klienci.
Ponieważ rotacja kół polega na wymianie tylnych - krzyżowo - na przednie, po dokonanej rotacji nie byłoby: 1.2.3.4. (idąc od przedniego lewego wokół) a byłoby: 3.1.2.4. (idąc jak poprzednio).
Teraz, głośno, ku uciesze zgromadzonych i z satysfakcją sylabizowała poszczególne cyfry w ich oryginalnej kolejności. A nerwowemu panu powiedziała jeszcze, że teraz ma nawet duże wątpliwości czy hamulce i reszta z 25 pozycji z karty przeglądu były w ogóle przeglądane. Pan już nie był czerwony na twarzy. Pan był biały, żółty, zielony a nawet fioletowy na przemian. Pan zaczął się jąkać, coś bełkotać. Wił się jak piskorz.
W powrotnej drodze do recepcji, pozycja „rotacja kół" opiewająca na „bajeczną" sumę $49.95, magicznie wyparowała z rachunku. Wykreślona flamastrem!
Jak widać, przy odrobinie rozeznania i niedużego pomyślunku, każdy Dawidek może wygrać z Goliatem.
A oni tam pewnie zmodyfikowali dotychczasową modlitwę na:
„Boże! Daj nam ciągle chociaż jedną starą babę dziennie!
- Ale nie taką, która ma jakieś - choćby blade pojęcie o samochodzie.
- Taką starą kur… - babiszcze poślij do konkurencji.
Amen."
* * *
Se jade...
Wracam z Californii załadowany winem i myślami. Nie wiem, które cięższe.
Dwa gatunki: Carlo Rossi - produkuje Meksykanin, smak stosowny do pochodzenia - i Blossom Hill Chardonnay, też nic szczególnego, choć pod golonkę z kłakami polecam bez zastrzeżeń.
Za trzy dni rozładunek w Toroncie i zaraz zaczyna się rytuał.
- Piłeś!
- No pewnie, że piłem. Jam nie wielbłąd, a picie łagodzi obyczaje. Nie wiedziałaś?
- Chuchnij!
Chucham - ale w siebie, na wdech, głośno, żeby zmylić przeciwnika. Technika sprawdzona latami.
- No dobra, nie śmierdzisz... - przygląda mi się uważnie. - Ale co ci tak to czoło się zaczerwieniło jak u indora korale?
- Zapomniałaś?! Rocky Mountains, Kenosha Pass, biżuteria na koła - łańcuchy. A tam...
Macham ręcyma i idę się powiesić - znaczy kurtkę do szafy. Ale ona leci za mną i szczebioce:
- Posłuchaj - Magusia dostała awans.
- No i co z tego? - pytam. - Pamiętasz, że w Polsce sam dbałem o to, żeby naszym glutom było w miarę dobrze. Pamiętasz?!
No tak - obejmuje mnie w pasie, bo wyżej nie ma jak, i sadzi:
- Wiesz... - to Jej start for question - widziałam w Canadian Tire takiego fajnego małego quada, akurat dla Noacha.
- No i...? - Julkę szlag będzie trafiał, że...
- Daj spokój, obydwoje się zmieszczą. Ale byłoby dobrze, gdyby się nie bili o to, które ma prowadzić.
- OK - ile?!
- No co ty. Na razie śniegu kupa, poczekamy do wiosny.
Julka i Noach - wnuki. Jest jeszcze jeden, syna: Adam, ale on już wchłania dziennikarstwo na York University.
Wyzwoliłem się z objęć i mówię:
- Popatrz, jak ten czas leci...
Taka chwila nostalgii mnie najszła - zawsze mnie bierze, jak zassie. A jak już ryja umoczę w tzw. Mickey, to już prawie... Kocham braci Kaczyńskich i nawet Trumpa.
Czas leci. Wino zostaje. Quad poczeka do wiosny.
Napisane między Kenosha Pass a szafą w Toronto
![]() |
| Nasz pierwszy "Sylwester" |
.
