Z dna oka - Bliski Wschód
Bliski Wschód
Jajka do Ammanu
Bretania · Słubice · Jugosławia · Bułgaria · Turcja · Syria
Piaski, pustynie i ludzie.
Świat z innej bajki.
Trasy, których nie ma na pocztówkach. Ludzie, których nie ma w przewodnikach.
Świat z innej bajki.
Trasy, których nie ma na pocztówkach. Ludzie, których nie ma w przewodnikach.
Bliski Wschód widziany z kabiny ciężarówki - bez filtrów, bez dyplomacji.
Jasiek był repatriantem z byłego Sojuza, dziś Kazachstanu, tam właśnie pracował jako „traktarist" w sowchozie gdzieś nad jeziorem Bałchasz. Zawsze zapewniał, że ma wszelakie i ogromne „opitinost żyźni" - doświadczenie życiowe. Wszyscy w firmie go znali i bardzo lubili. Błyszczał dowcipem i obyciem. Morowy chłop! Przyleciał do mnie i pyta, czy byłem może w „Dżardanni"? Nie byłem Jasiu, ale teraz będę - odpowiadam i pocieszam siebie i Jaśka, że „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu". Nie zginiemy! „Nu i tak i prawilno" - stwierdził.
Hafiz al-Asad da capo al fine
Obserwacje z jazd na Bliski Wschód - jakich odbyłem... sorry, nie pamiętam ile? Tę zapamiętałem tak: po którymś tam rozładunku koniny na Paryskich Halach, pojechałem chłodnią w okolice Pontivy w Bretanii, załadować jajka do Ammanu.
Pół godziny pod „jajeczną farmą" sprawdzałem w niemieckim atlasie - moja firma map nie dawała, w Polsce takowych nie było - trasę jak tam dojechać. Komputerów wówczas nie było, GPS także.
Na pociechę, że sam nie będę się zmagał z podróżą, już lądowała pod rampą inna nasza chłodnia z Jaśkiem „Traktorzystą".
Jaśko — pierwszy z lewej
Jasiek był repatriantem z byłego Sojuza, dziś Kazachstanu, tam właśnie pracował jako „traktarist" w sowchozie gdzieś nad jeziorem Bałchasz. Zawsze zapewniał, że ma wszelakie i ogromne „opitinost żyźni" - doświadczenie życiowe. Wszyscy w firmie go znali i bardzo lubili. Błyszczał dowcipem i obyciem. Morowy chłop! Przyleciał do mnie i pyta, czy byłem może w „Dżardanni"? Nie byłem Jasiu, ale teraz będę - odpowiadam i pocieszam siebie i Jaśka, że „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu". Nie zginiemy! „Nu i tak i prawilno" - stwierdził.
Siedliśmy wspólnie nad mapą, by zorientować się pobieżnie, jak będziemy jechać. Przejścia graniczne wyznaczał karnet TIR w Europie i Manifest od tureckiej granicy.
Z Pontivy do Ammanu - przez Polskę. Umowa przewoźników TIR stanowiła, że z tranzytowym ładunkiem przewoźnik musi jechać przez kraj będący członkiem tej umowy i właścicielem jednostki transportu. PEKAES był polskim przewoźnikiem, członkiem TIR - tym samym list przewozowy francuski i Karnet TIR był ważny tylko do Kapikule - granicy Bułgarii z Turcją. Potem wprawdzie był nadal ważny, ale tylko z Manifestem - arabskim odpowiednikiem Karnetu TIR - wypełnionym po arabsku, upoważniającym przewóz ładunku przez tranzytowe kraje arabskie.
Pani Arabistka w Bielsku-Białej nanosiła dane ładunku z Karnetu TIR na Manifest, który upoważniał ładunek do przekroczenia danej granicy i dowiezienia go do odbiorcy.
Wyszło nam, że mamy do pokonania około 5500 km w jedną stronę i kilka stref klimatycznych. Nieźle!
Wyszło nam, że mamy do pokonania około 5500 km w jedną stronę i kilka stref klimatycznych. Nieźle!
Poszliśmy zobaczyć jak lądują te jaja. Jaśka już kończyli - 36 palet, na których były duże kartony, w każdym cztery kartony z mniejszymi kartonami. Ważyło to wszystko 18 ton.
„Po choleru im tyle jajek?" - dociekał Jasiek. Obstawałem przy tym, że król Jordanii Husajn I - kojarzył mi się z Seanem Connerym - będzie miał urodziny i tort będą piekli dla poddanych. Może i my się załapiemy na uroczystość? Ot, byłoby fajnie - zaakceptował Jasiek.
Jasiek ostrzegł mnie, że będzie tam bardzo gorąco, pić trzeba dużo, by „organis" działał jak należy - i zapewniał, że mimo uzupełniania płynów, sikał będę raz na dzień, bo wszystko wypocę. Pomny tych przestróg kupiłem na pompie plastykowy 10-litrowy pojemnik na picie. Wg rad Jaśka, najlepiej gasiła pragnienie woda z octem.
Ruszamy
Mieliśmy zamontowane 200-litrowe beczki plastykowe pod naczepami - z kranikiem do osobistej toalety. Beczki napełniało się na „myjce" - albo gdzie się dało, więc wody starczało. W strachu przed amebą i innym cholerstwem nie nabieraliśmy wody z sieci wodociągowej już w Turcji - jedynie ze źródeł naturalnych, jakich było na trasie z Aksaraju do Adany kilka, w górach Taurusu.
Góry Taurus. żeby być tu, trzeba było najpierw być tam na dole.
Góry Taurus. żeby być tu, trzeba było najpierw być tam na dole.
Po załadunku i odpaleniu agregatów chłodniczych - w liście przewozowym zaznaczono, by ładunek był przewożony w temperaturze +8°C - pojechaliśmy na obwodnicę Rennes, gdzie na parkingu „Agip" zjedliśmy kolację i poszliśmy lulu, by raniutko o godz. 3.00 „strzelić" w stronę Słubic. 1220 km jaki nam pozostał wzięliśmy na raz.
Przez resztę Francji, Belgię, RFN i dodatek do rancza do Słubic, gdzie na drugi dzień daliśmy papiery do rozliczenia. Trochę to trwało, więc pojechałem do domu na rosół.
Ni-ma jak dobry rosółNastępnego dnia rano, po pobraniu nowych kwitów i pieniędzy na drogę ruszyliśmy.
Droga wyjazdowa ze Słubic w stronę Zielonej Góry prowadziła aleją kasztanów. Zawsze, gdy wracałem z rejsu, bardzo optymistycznie mnie nastrajały - właśnie te kasztany, obojętne mi było, pokryte kwieciem, bez liści czy śniegiem. Będąc pod nimi, myślałem ile czasu minie nim znów pod nimi będę? Tyle drogi przede mną, przecież za 10 minut nie wiem co mnie spotka. Ta niewiadoma...
Droga wyjazdowa ze Słubic w stronę Zielonej Góry prowadziła aleją kasztanów. Zawsze, gdy wracałem z rejsu, bardzo optymistycznie mnie nastrajały - właśnie te kasztany, obojętne mi było, pokryte kwieciem, bez liści czy śniegiem. Będąc pod nimi, myślałem ile czasu minie nim znów pod nimi będę? Tyle drogi przede mną, przecież za 10 minut nie wiem co mnie spotka. Ta niewiadoma...
Drogę do Niszu znałem. Byłem wiele razy w Grecji w Pireusie ze schabem z Koła lub Ostródy, gdzie Amerykanie wybudowali w ramach „gierkowskich" inwestycyjnych pożyczek nowoczesne rzeźnie - te schaby w ramach RWPG trafiały na radzieckie statki wycieczkowe. Także do Włoch schab woziłem — do Triestu.
Cieszyn
- żegnaj Polsko. Czechosłowacja, Węgry, Jugosławia. Po odprawie parking i w śpiwór. Nie byłem śpiochem - do dziś 5–6 godzin snu wystarcza mi na całkowitą regenerację.
Wczesny ranek. Nastawiłem wodę na kawę, umyłem się pod beczką i obudziłem Jaśka:
„Wstawaj! - bo ci bachora podrzucą!" Zerwał się że ho - na kawę!
- żegnaj Polsko. Czechosłowacja, Węgry, Jugosławia. Po odprawie parking i w śpiwór. Nie byłem śpiochem - do dziś 5–6 godzin snu wystarcza mi na całkowitą regenerację.
Wczesny ranek. Nastawiłem wodę na kawę, umyłem się pod beczką i obudziłem Jaśka:
„Wstawaj! - bo ci bachora podrzucą!" Zerwał się że ho - na kawę!
Przy kawie ustaliliśmy plan jazdy - nie było radia CB ani iPhonów - przejedziemy 925 km Jugosławii (za Belgradem obiad w znanej mi knajpie) i Bułgarię. Kolacja i lulu u Turasów już w Kapikule na parkingu TIR „Londra Parking".
Obiad smakował nam bardzo. Była to jakaś wieprzowina z ryżem - pod bałkańskie rytmy - zapijana winem. Przy deserze i po szkiełku Rakiji na dobre trawienie - jak zapewniał Jasiek. Po obiadku na asfalt drogi E80.
Kilka cholernie ciemnych i jakby nie wykończonych tuneli, mostów w kanionie nad rzeką Niszawą.
Z jasności promieni słonecznych wpadasz w Hadesową ciemność. Dobrze gdy nic nie jedzie z przeciwka - gdy wali na ciebie podobny tobie... kurczysz się w sobie i nie wiesz: zmieścisz się czy nie! Te wrażenia pamiętam do dziś.
Z jasności promieni słonecznych wpadasz w Hadesową ciemność. Dobrze gdy nic nie jedzie z przeciwka - gdy wali na ciebie podobny tobie... kurczysz się w sobie i nie wiesz: zmieścisz się czy nie! Te wrażenia pamiętam do dziś.
Na kolację jedliśmy zupę cytrynową serwowaną po turecku - jakiś kwaśny rosół barani, jak zapewniał Jasiek - i jakieś szaszłyki baranie. Dobre!
Plan wykonany w 100%.
Po powrocie do auta, nim głowa opadła na poduszkę, już spałem.
Plan wykonany w 100%.
Po powrocie do auta, nim głowa opadła na poduszkę, już spałem.
Przy parkingu Harem za Bosforem było wiele sklepów z jakże chodliwym w Polsce towarem — skórzane kurtki, płaszcze, kożuchy przeróżnych kolorów i rozmiarów. Poszliśmy do jednego, w którym Jasiek - z kartką w ręce - złożył zamówienie na płaszcze i kożuchy. Jak będziemy wracali, odbierze towar „na miarę".
Pooglądałem i rzeczywiście podobały mi się te skóry. „Kupię żonie ładnego koloru płaszcz" — zapewniłem sprzedawcę. Zaskoczyło mnie to, że sprzedawca i jego subiekt prawie perfekcyjnie mówili po polsku. Jasiek uświadomił mnie, że ci ludzie wciąż obcują z polskimi „turystami" dlatego tak dobrze mówią po polsku, a i dlatego, że mają wrodzone predyspozycje do przyswajania języków obcych.
Nic, tylko zazdrościć.
Nic, tylko zazdrościć.
W Turcji dopuszczalna szybkość dla ciężarówek z naczepą - 70 km/h. Można było jechać trochę szybciej, ale narażało się na „bakszysz". Jechaliśmy około 80 km/h. Ruch na drogach nie był tak wielki, a prawie wszystkie tureckie ciężarówki - załadowane ponad normy, przekraczające wszelakie gabaryty - toczyły się, nie jechały, więc je wyprzedzaliśmy.
Po przejechaniu kilkudziesięciu km zorientowałem się, że jestem jedynym który używa kierunkowskazów i szybko przekonałem się, że aby przeżyć na tureckiej drodze, trzeba być kreatywnym i wyzwolić się z ciasnych okowów kodeksu drogowego jaki panuje w Europie.
Po minięciu Gebze jedziemy przepiękną okolicą - droga wiedzie nad zatoką Morza Marmara do Izmitu. Za Düzce - niestety - droga coraz gorsza, w niektórych odcinkach w ogóle jej nie ma: dokumentnie rozjeżdżona, tylko gdzieniegdzie kępy asfaltu, dziury i śnieg po bokach (był marzec), a my jedziemy w chmurach - słynne pośród kierowców firmy - Bolu:
Droga na Bolu
Od słupa do słupa z lampami, które jak latarnie morskie wskazują kierunek.
Przejechaliśmy najgorsze. Od Gerede do Ankary już nie było źle.
Przejechaliśmy najgorsze. Od Gerede do Ankary już nie było źle.
Jeszcze za Ankarą potężne wzniesienie - Gölbaşı, po prawej Tuz Golu:
Jesteśmy na anatolijskim płaskowyżu. Jezioro tuż po prawej to tureckie zagłębie soli - ciągnie się przez 80 km.
Aksaray. Coś trzeba zjeść. „Parking TIR" - wszystkie przydrożne parkingi miały taką tablicę i restaurację. Zaparkowaliśmy i wchodzimy na kolację.
Ober na podwyższeniu za biurkiem na przeciw wejścia - u niego składało się zamówienie. Na ścianie za nim flinta na gwoździu - na wsjakij słuczaj.
Jakaś zupa, jakieś mięsko niewiadomego pochodzenia i piwo. Nawet dobre - „Pils Alt" na nalepce pisało.
Jesteśmy na anatolijskim płaskowyżu. Jezioro tuż po prawej to tureckie zagłębie soli - ciągnie się przez 80 km.
Aksaray. Coś trzeba zjeść. „Parking TIR" - wszystkie przydrożne parkingi miały taką tablicę i restaurację. Zaparkowaliśmy i wchodzimy na kolację.
Ober na podwyższeniu za biurkiem na przeciw wejścia - u niego składało się zamówienie. Na ścianie za nim flinta na gwoździu - na wsjakij słuczaj.
Jakaś zupa, jakieś mięsko niewiadomego pochodzenia i piwo. Nawet dobre - „Pils Alt" na nalepce pisało.
Jasiek zapowiada, że czeka nas wspinaczka na Pozantı - miasteczko na najwyżej położonej przełęczy na drodze ze Stambułu do Adany, leżące na wysokości 1360 metrów i 13 cm. Dwa razy wyżej niż Zakopane! Nie ma obaw, wdrapiemy się, my taternicy - zapewnia Jasiek.
Zaczynał się zmrok - marzec, osiemnasta. „Gdy będziemy około trzydziestu km od Pozantı - zobaczysz bardzo wysoko, w prawym górnym skraju szyby niby gwiazdkę, to będzie Pozantı. Po dobrej godzinie się tam wdrapiemy" - klarował. Rzeczywiście. Zaraz za Aksarayem zaczęła się wspinaczka, najpierw na górki, później na góry, aż w końcu tureckie Alpy. Auto z ładunkiem 40 ton - silnik miał co wywlec na górę. Nie protestował, nawet temperaturą silnika, jedynie wentylator czasami się włączał, by balans ciepła utrzymać na optymalnym poziomie.
Wdrapaliśmy się! Teraz zjazd. Żelazna zasada: na jakim biegu na górę wjeżdżałeś, na takim zjeżdżaj!
- No można o pół biegu wyżej - NIE WIĘCEJ, bo spalisz auto. 80 km w dół. Zjechaliśmy do Yenice po północy. Parking i w pióra.
- No można o pół biegu wyżej - NIE WIĘCEJ, bo spalisz auto. 80 km w dół. Zjechaliśmy do Yenice po północy. Parking i w pióra.
Yenice - Cilvegözü (granica turecko-syryjska) - 250 km robimy w trzy i pół godziny.
Piękne krajobrazy, chciałoby się stanąć i podziwiać, trzeba jechać jednak i oglądać w przelocie. Odcinek drogi biegnie wzdłuż wybrzeża - Śródziemne błyszczy błękitem.
Za İskenderun wjeżdżamy na wyższy poziom, serpentyny i wyżej, wyżej. Zaś lekko w dół, by po chwili w górę. Cholera! Nie można by jakiegoś spycha i wyrównać?
Sarmada - Granica syryjska
Piękne krajobrazy, chciałoby się stanąć i podziwiać, trzeba jechać jednak i oglądać w przelocie. Odcinek drogi biegnie wzdłuż wybrzeża - Śródziemne błyszczy błękitem.
Za İskenderun wjeżdżamy na wyższy poziom, serpentyny i wyżej, wyżej. Zaś lekko w dół, by po chwili w górę. Cholera! Nie można by jakiegoś spycha i wyrównać?
Sarmada - Granica syryjska
Hafiz al-Asad da capo al fine
UC Sarmada. Szybko po stronie tureckiej i… dłużej - niestety, po syryjskiej. Pełna kultura. Pomocnik pana za biurkiem przynosi nam w szklaneczkach coś czarnego - jak ulepek, słodsze od miodu - ukrop!
Pan urzędnik poprosił, byśmy się rozgościli - trochę po angielsku, trochę rencyma.
Siedliśmy w fotelach za stolikiem. Na stoliku gazety, które zamiast liter na stronach mają rozsypaną luzem herbatę. Pod ścianą telewizorek. Na ekranie Hafiz al-Asad - prezydent i jakiś rewelacyjny teledysk do piosenki, której refren brzmiał mniej więcej tak:
Siedliśmy w fotelach za stolikiem. Na stoliku gazety, które zamiast liter na stronach mają rozsypaną luzem herbatę. Pod ścianą telewizorek. Na ekranie Hafiz al-Asad - prezydent i jakiś rewelacyjny teledysk do piosenki, której refren brzmiał mniej więcej tak:
„Hafiz al-Asad, Hafiz al-Asad, Hafiz al-Asad!"
Szereg zmontowanych dynamicznie przebitek: prezydent Hafiz al-Asad przemawia, prezydent Reagan bije brawo, sekretarz Breżniew uśmiecha się, prezydent Hafiz al-Asad udziela robotnikom wskazówek dotyczących walcowania stali na zimno, pochód z portretami prezydenta Hafiz al-Asada, prezydent Hafiz al-Asad daje buzi Kadafiemu, prezydent Hafiz al-Asad przechadza się wśród łanów zboża podnosząc wydajność z hektara i przenosząc na drugi hektar, prezydent Hafiz al-Asad wita się z kanclerzem Kohlem, prezydent Hafiz al-Asad głaszcze dzieci po główkach, prezydent Hafiz al-Asad naciska jakiś guzik, startują samoloty i rakiety (?), prezydent Hafiz al-Asad uzdrawia chorych i kalekich...
- i tak da capo al fine... „Hafiz al-Asad, Hafiz al-Asad, Hafiz al-Asad!"
Można by podejrzewać pana urzędnika o zaburzenie narządu słuchu objawiające się nieprawidłowościami przewodzenia dźwięków lub w ich odbiorze.
Mecca Express i gołe zadki pań
Ciekawostka - jak się domyślam dawno zapomniana - były nią autobusy:
Woziły z Turcji, Afganistanu, Iranu, przez Irak, Kuwejt i Jordanię pielgrzymów do świętego Czarnego Kamienia w Mekce. Były osobne dla pań i panów. Widywałem je też na Pustyni Syryjskiej między Abu-Shamat a Ruthbą - jak gnały inną trasą przez Jordanię.
Długie, pakowne niczym pulmany.
Gdy się stało by coś upitrasić tasiemcowi, było widać jak ten pędzący naczepo-autobus wygina się pod ciężarem „ładunku" między siodłem ciągnika a tylnymi osiami. Niesamowity widok - widocznie konstruktor tak zaprojektował, licząc na super amortyzację.
Długie, pakowne niczym pulmany.
Gdy się stało by coś upitrasić tasiemcowi, było widać jak ten pędzący naczepo-autobus wygina się pod ciężarem „ładunku" między siodłem ciągnika a tylnymi osiami. Niesamowity widok - widocznie konstruktor tak zaprojektował, licząc na super amortyzację.
Fajne widoki można było przyuważyć gdy się je mijało, a stawały, by pasażerowie mogli odmówić modlitwę, którą muszą na dobę odmawiać pięć razy: przed wschodem słońca
- Fadżir, w południe - Zuhur, około 5. po południu - Asr, po zachodzie słońca - Maghrib i około 23. - Isza.
- Fadżir, w południe - Zuhur, około 5. po południu - Asr, po zachodzie słońca - Maghrib i około 23. - Isza.
Także często stawały, by pielgrzymi mogli oddać dług naturze - wówczas wysypywało się z nich ludu ponad dwie setki, z grubym okładem. Panowie bez krępacji lali wokół Expressu, za to panie robiły parawan ze swoich czadorów od strony szosy - co nie przeszkadzało, będąc kilometr przed wycieczką zobaczyć gołe zadki Pań. Nic szczególnego - takie same jakie mają katoliczki.
Higiena po takim postoju była prosta - mieli wodę w plastykowych butelkach. Wszystko sprawnie, bez ceregieli, bo karawana nie czeka. Plastykową butelkę z wodą wymieniał Mahomet już w swej podróży z Mekki do Medyny - jak napisał w Koranie - więc każdy wyznawca Allaha bez plastykowej flaszki kroku nie zrobi.
Orient z bliska:
https://ebd.cda.pl/620x395/1018145002?autostart=1
https://ebd.cda.pl/620x395/1018145002?autostart=1
PMPS "PEKAES"
Po stanie wojennym:
"PEKAES" Auto Transport SA
Błonie, Śrem, Słubice.
· Irak · Stambuł · granice...
Po stanie wojennym:
"PEKAES" Auto Transport SA
Błonie, Śrem, Słubice.
· Irak · Stambuł · granice...
"Miłość do zawodu kierowcy to zwycięstwo wyobraźni nad inteligencją"
(inż. Jurgel)
Z jednym z moich kolegów "po fachu" - po latach, próbowaliśmy tłumaczyć sobie, dlaczego człowiek pakował się w życie za kółkiem, zamiast siedzieć spokojnie na etacie, wśród domowych kapci i rodzinnych obiadków. I coś w tym jest. Byłem w sile wieku, pracowałem dla firmy, myślałem o sobie i rodzinie, a uczynkami starałem się pomagać bliźnim. Ale czy wszystko, co robiłem, dawało mi satysfakcję? Dziś śmiem wątpić.
Nie każdy z nas miał potrzebę się zwierzać, ale pośród róż życia trafiały się i chwasty - twarde, uciążliwe i niemożliwe do wyrwania. Jak ten kredowy osad w czajniku: niby niewiele, a potrafi zatruć smak każdej herbaty. Najprościej byłoby czajnik wyrzucić i kupić nowy, tylko życie nie było wtedy z tych, w których można wymienić wszystko, co przestaje działać jak trzeba.
Weterani, bajkopisarze i nagie haki
Dziś, kiedy patrzę na to z dystansu i słucham historii opowiadanych przez kolegów, widzę jedno: każdy przeżywał to samo inaczej. Jedni barwnie, aż za bardzo - jak niektórzy bajkopisarze. Jednemu z nich napisano nawet książkę co uczyniło go pisarzem - śmiszne, ale prawdziwe. Kiedy słuchałem takich opowieści, mam wrażenie, że nasz PEKAES konkurował z hotelem Ritz, a trasy na Bliski Wschód były turystycznym turnusem z wyżywieniem i przewodnikiem.
U nas - zwykłych kierowców - wyglądało to znacznie skromniej. Owszem, zarobek był większy niż w przeciętnym państwowym przedsiębiorstwie, bo były diety w twardej walucie. Tyle że paradoksalnie — żeby tych diet nie przejadać - zabierało się z domu prowiant w słoikach, konserwy, makaron, chleb, a czasem i mięso. W sklepach w Polsce półki świeciły pustkami, nagie haki wystawały jak żebra - sól, ocet i tyle.
Kierowca musiał mieć znajomego gospodarza - taka była prawda. Z Baltony brało się butelkę czegoś mocniejszego, jechało na wieś, mordowało stukilogramowego parszuka, żona wekowała mięso, żeby rodzina miała co jeść, a kierowca miał czym się ratować na trasie. Inaczej - bida z nędzą.
Zdarzały się też przypadki nieplanowane. Pamiętam dobrze pewien późny wieczór za krzyżówką na Świecko. W światłach mignęło stado saren, wcisnąłem hamulec - za późno. Jedna została na asfalcie.
Co robić? Człowiek nie wyrzuci przecież takiego daru natury. Położyłem ją na zbiorniku paliwa, przywiązałem linką, a pamiętając słowa myśliwego Paluszczaka - poderżnąłem gardło, bo tak trzeba było zrobić. W Lubinie zaparkowałem pod blokiem niemal pod oknami. Worek, schody, kuchnia, noże - sprawienie poszło szybko. Nie pierwszy raz, nie ostatni.
Kilka dni później, kiedy w słubickiej hotelowej kuchence zajadaliśmy zawartość jednego ze słoików jako zagrychę, chłopaki pytali:
- Co to za frykas? Skąd takie dobre?
- A, to moja połówka - odpowiadam spokojnie. - Jak się nudzi, to flintę na ramie i zawsze coś przyniesie do chałupy.
W tamtych czasach kierowca PEKAES zdany był wyłącznie na siebie - na trasie i w życiu. Zdrowie psychiczne i fizyczne - twoje, nie firmy. Miałem swoje sposoby. Dwa baniaki gazu: jeden do gotowania, drugi - pusty - słóżył do wwożenia czterech i pół litra spirytusu do krajów z prohibicją.
Zapas jedzenia - ziemniaki, makaron, konserwy, chleb. Człowiek jadł po to, by żyć, a nie odwrotnie - więc dawało się przeżyć każde wojaże.
Zapas jedzenia - ziemniaki, makaron, konserwy, chleb. Człowiek jadł po to, by żyć, a nie odwrotnie - więc dawało się przeżyć każde wojaże.
Forma fizyczna? Też konieczna. Skakanka z linki celnej, sto podskoków, pięćdziesiąt pompek podczas gotowania kartofli - charakter miał znaczenie. Leniwy kierowca to brzuchomówca, takim być nie chciałem.
A pieniądze? Każdy miał swój sposób, ja również. Wyjazdy na Zachód to współpraca z magazynem Królaka - wranglery, ortaliony, koszule non-iron i wszystko, co miało zbyt np. w Rosji.
W Mińsku miałem stałego klienta - uczciwy chłop, płacił w złocie, pił Heinekena - czego chcieć więcej?
W Mińsku miałem stałego klienta - uczciwy chłop, płacił w złocie, pił Heinekena - czego chcieć więcej?
Bliski Wschód? Jeszcze lepszy interes. W Iraku panowała prohibicja, a tamtejszy Arak był niepijalnym dwunastoprocentowym syropem z daktyli. Spirytus z Baltony zmieniał kierowcę w boga w oczach polskich budowlańców. Hasło „Baltona przyjechała!" niosło się po irackich barakach jak syrena okrętowa. Za tak zdobytą walutę kupowało się wszystko: herbatę w Turcji - dwieście procent przebicia - części do Mercedesów, kożuchy i skóry zamawiane przez klientów w kraju.
Stambuł - hammam i nowa skóra
Stambuł był zawsze osobną historią. Kiedy tylko zjeżdżałem z azjatyckiej strony Bosforu na europejską, pierwsze kroki kierowałem do hammamu - tureckiej łaźni parowej. Wynalazek sprzed wieków: regenerował ciało i duszę lepiej niż cokolwiek. Aromat pary, marmury, gąbki, zimna i gorąca woda, masaż tak intensywny, jakby człowiek trafił do gabinetu odnowy. Po takim zabiegu człowiek wychodził jak nowo narodzony - lżejszy, spokojniejszy, zresetowany.
PEKAES - tortura tysiąca cięć
Gdy zaczynałem w 1975 roku pracę w PMPS "PEKAES", zaskoczyło mnie jedno: uprzejmość. Pomoc. Życzliwość. Jak w rodzinie. Zrozumiałem z czasem, dlaczego tak było: za mała załoga, za dużo wspólnego życia, jeden bronił drugiego. Ale to się skończyło, kiedy firma rozrosła się kilkunastokrotnie. Z kameralnej stała się molochem. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy - nawet podczas snu.
I tu przechodzimy do sedna. Po latach wiem jedno: ta robota, ten zawód, to nic innego jak tortura tysiąca cięć - chińska metoda. Nie zabija od razu. Boli długo, systematycznie, głęboko. Nie biją po jajach - bo by człowiek padł i nie był zdolny do pracy. Biją po piętach, żeby bolało, żeby ogłupiało ze zmęczenia - ale żebyś mógł iść dalej. I pracował.
W porównaniu z tym, polski chłopski pal wygląda jak prymitywna rozrywka. Chiński kat wiedział, jak ciąć, by skazaniec żył jak najdłużej. W tamtym systemie kierowca był jak mucha w pajęczej sieci. Pająk - firma, państwo, biurokracja - miał czas i technikę. Mucha nie miała nic.
Granice, które uczyły cierpliwości i wkurwu
Każdy kierowca, który jeździł w tamtych latach na zagranicę, wie jedno: prawdziwym sprawdzianem nie były kilometry, nie były góry ani pustynie, nie były burze piaskowe, nie był nawet śnieg po pas. Prawdziwym przeciwnikiem były granice.
Granica to był teatr absurdów, ring bokserski, ruletka i cyrk w jednym. Miejsce, gdzie człowiek mógł zmarnować pół życia, stojąc w kolejce tylko po to, by jakiś znudzony celnik z wąsem o kształcie łopaty powiedział:
- Wracaj, źle wypełnione.
- Wracaj, źle wypełnione.
A że wypełnione było dobrze? Kogo to obchodziło.
Polskie granice - wiadomo, klasyk. U nas zawsze musiał się znaleźć jakiś służbista, co miał dzień kontroli. Przez osiem godzin sprawdzał dokumenty jednego TIR-a, jakby szukał w nich tajnego kodu NATO. A potem zmiana - i następny pytał, po co tu stoimy.
Wschód - loteria. Wystarczył jeden z moralnym kacem (bo żona wqurwiła), a cały konwój miał przejebane. Zdarzało się, że granica była otwarta, wszystko niby szło sprawnie, ale nagle ktoś wymyślił, że pies musi przejść kontrolę. Psa nie było, ale procedura była. Czekało się godzinami na psa, którego nikt nigdy nie widział.
W Iranie czy Iraku, w czasach gdy Saddam patrzył na wszystko jak sęp z portretów na ścianach, granica mogła przypominać poligon. Raz zapakowali mnie z innymi kierowcami do cienia, bo ważna delegacja przejeżdża. Ważną delegacją okazał się jakiś pułkownik, który tylko przejechał, patrząc na nas jak na robactwo. A my staliśmy i czekaliśmy z językiem na brodzie, w upale, który wypalał gałki oczne.
Granica uczyła pokory albo w kurwu -zależy od człowieka. Mnie uczyła obu.
Bywało tak, że człowiek po trzech dobach czekania na odprawę miał już takie myśli, że gdyby ktoś podał mu miotacz ognia z radością zrobiłby reorganizację urzędu celnego po swojemu. Ale wystarczyło ruszyć samochodem i znowu wracała ulga. Bo najgorsze były przestoje. Stanie. Bezsilność.
Najbardziej zabawne było to, że kierowcy stali na granicy jak pielgrzymi pod Jasną Górą - w jednym rzędzie, jeden za drugim, każdy z inną intencją. Jeden modlił się o szybkie odprawienie. Drugi - żeby lodówki nie popsuły się od słońca. Trzeci - żeby nic nie znaleźli. Czwarty - żeby żona jeszcze nie urodziła. Piąty - żeby sąsiad nie wypił wszystkiego, co przywiózł ostatnio.
Kto dziś opowiada o dawnym PEKAES-ie, ten albo popada w nostalgię, albo w przesadę. A prawda - jak to zwykle z prawdą - leży gdzieś pośrodku, między błyskiem chromowanej ciężarówki a brudem, który człowiek zmywał z siebie aż do kości. Bo życie kierowcy nie było ani romantyczne, ani bezpieczne, ani lekkie. Było takie, jakie wymuszał na nas czas, system i zwykły ludzki głód - zarobić na rodzinę, na siebie i jak się uda - na przyszłość.
Gdy na Zachodzie kierowca budził się na parkingu pod prysznicem z gorącą wodą i śniadaniem w barze, my - z tej drugiej strony żelaznej kurtyny - mieliśmy zupełnie inny świat. Świat konserw w puszkach, kartofli w garnku na gazie i mycia się w misce postawionej w cieniu naczepy. Ale człowiek miał cel, miał kierunek, miał robotę do wykonania. To trzymało w pionie.
Kierowca był w trasie panem samego siebie. Ale jednocześnie był też najbardziej samotnym człowiekiem świata. Niby wokół ludzie: na granicy, w magazynach, w barach, na parkingach - a jednak nikt z nich nie był swój. Swoi byli tylko koledzy z firmy, których spotykało się raz na jakiś czas na krańcu świata. Zakurka, wymiana informacji, chwilka śmiechu - i każdy jechał dalej w swoją nicość.
I to może jest największy paradoks tego zawodu: człowiek był niewolnikiem pracy, ale czuł się wolny jak mało kto.
Taka była prawda o tej robocie. Bez pudru. Bez legend. Bez pięknych opowieści o luksusie, którego nikt z nas nie widział. Ale z realnym życiem - twardym jak asfalt, na którym zostawialiśmy lata, zdrowie i nerwy.
To co powyżej - tu:
https://ebd.cda.pl/620x395/29293774cd?autostart=1
To co powyżej - tu:
https://ebd.cda.pl/620x395/29293774cd?autostart=1



