Polska Rozdział 3

 Polska

Rozdział 3

Po wojsku

                                                                              Droga

Po wojsku człowiek staje przed pytaniem, na które nie ma dobrej odpowiedzi: co dalej?
Wyboru wielkiego nie było. Do smutasów nie należę - podumałem i doszedłem do wniosku, że to jeżdżenie jednak nie było złe. A co tam, spróbować można!

Robotę znalazłem w PSTBR - Przedsiębiorstwie Sprzętowo-Transportowym Budownictwa Rolniczego w Świebodzinie. Zajezdnia w Międzyrzeczu, placówka w moim miasteczku. Usiadłem na "Stara 20"

                                                               Star 20 wywrotka

Uniwersytet Życia

Zaczął się dla mnie Uniwersytet Życia. Szybko przeszedłem od teorii do praktyki. Nauczyłem się kręcić licznik Patelni (wywrotka), opylać benzynę i opychać materiały budowlane: - Cement, cegła, pustaki, papa – szło wszystko, co miało nabywcę, a rynek był chłonny jak gąbka. Czasem aż sam się dziwiłem, jak ten cały cyrk funkcjonuje i w ogóle działa? Nie trzeba było być wnikliwym obserwatorem: wszyscy kradli wszystko, co źle leżało. Uch, to były czasy! Polska była wtedy chyba najbogatszym krajem świata. Wszyscy kradli i mieli co!

Pobierając dalsze nauki dowiedziałem się, że każdy mężczyzna powinien:
- wychować syna,
- zbudować dom,
- posadzić drzewo i... napisać książkę.


To pierwsze z zaleceń Platona, nie zależy tylko od nas ale następne, choć nie łatwe, w owych czasach były możliwe do zrealizowania.

No i jeszcze jedno życiowe doświadczenie - gorzała, po wypiciu połówki na łeb nikt nie rozpoznał, że cokolwiek wypiłem. Brało mnie dopiero po dwóch, i to nie za mocno. To było wliczone w koszty tej edukacji.

Jawa i ...

Kupiłem po starej znajomości "Jawę":

                                                                           Jawa 250

Z dziewczynami nie miałem problemów, ale Jawa jednak, bardziej otwierała kontakty na oścież. Koleżanek i kolegów miałem mnóstwo.

Zrobiłem "Jedynkę" (pierwszą kategorię prawa jazdy):


Poznałem panienkę, która kończyła liceum w moim miasteczku.
Stało się.
Zakochałem się - co trwa do dziś. No... może bardziej przywiązanie, bo żądze jakby już mocno wystygły gdyż jestem już w takim wieku, że inne kobiety budzą jeszcze we mnie pożądanie, a swoja... tylko budzi.

Ożeniłem się, straciłem wolność: 

Co nie było takie przykre ale zaczęły się troski. Mieszkaliśmy razem z mamą - wiadomo, jak to się żyje na "kupie" (a powiadają, że w kupie cieplej i raźniej). Szybko zaskoczyłem, że jest w domu o jedną gospodynię za dużo. Dostać mieszkanie w moim miasteczku było marzeniem ściętej głowy:

- "Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom"
- piosenka dla głupich albo naiwnych.

Lubin

Jadąc z Wrocławia zatrzymałem się w lubińskim barze na posiłek. Bar był na stojąco. Podszedł koleżka po fachu - węchem wyczułem. Jak każdy kierowca mam wyczulony węch na olej napędowy, a tak w ogóle na wszelkiego rodzaju napędy. Od słowa do słowa dowiedziałem się, że zapotrzebowanie na kierowców jest ogromne. Mieszkanie w ciągu roku!

Podjechałem pod wskazany adres. Jadąc do domu kartę obiegową przyjęcia do pracy miałem w kieszeni. Na miejscu załatwiłem kartę zdrowia. Zwolniłem się z mojej firmy - nawet, dostałem przeniesienie.

Po trzech dniach siedziałem za kółkiem MAZa.

                                                                         MAZ 

- Wywrotka KGHM Lubin. Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, Zakład Transportu.

Woziłem urobek rudy miedzi z szybu Lubin Wschodni na flotację na Szyb Główny - 8 km po drodze publicznej, na zmiany po 12 godzin, siedem dni w tygodniu. Za pierwszy miesiąc zarobiłem tyle, co w poprzedniej firmie za cztery bez boków. Pisaliśmy tyle kursów, że na koniec miesiąca okazało się, iż wywieźliśmy dwa razy więcej urobku, niż wydobyli górnicy. Tacy "stachanowcy" z nas byli.

Żeby ukrócić nasze stachanowskie zapędy, wprowadzili rygory. Dostawało się arkusz papieru format A4 i przy wyjeździe przez bramę szybu, drewniany policjant (straż przemysłowa) stawiał pieczątkę.
Ile pieczątek, tyle kursów. Proste.

W dzień jeździłem jak wariat nikt mi nie podskoczył, podkręciłem swojemu, gdzie trzeba, i był jak "Ferrari" w nocy kombinowałem. Nie z chęci zysku dla draki i z nudów.
Podjeżdżałem pod bramę, bieg włączony, lewa noga na sprzęgle, prawa na gazie, boczna szyba spuszczona, dziwi pod lewą pachą, lewa ręka zgięta - w garści papier, jak najwyżej oparty na furtce kabiny, prawa ręka się czai. Drewniak celuje, by podstemplować, ja go cap za rękaw i walę po arkuszu, aż dudni. Drewniak drze się wniebogłosy...
Nie raz z wdzianka gościa rozebrałem. Tak budowało się ten świetlany system.

Na zmianie robiłem średnio o cztery-pięć kursów więcej niż reszta zmianowej ekipy „demonów prędkości”. Po prostu jeździłem w swoim stylu i rytmie.
Pewnego razu sypnęło tak, że spychacz przy wjeździe na szyb z głównej drogi usypał pryzmę śniegu wielkości Śnieżki. Jadę po urobek, a przede mną toczy się „Pszczelarz” - gość miał taką pośród nas ksywkę, bo potrafił godzinami nawijać o ulach, matkach i miodzie. No i ambicja mu nagle urosła: za nic nie chciał dać się wyprzedzić. Siedzę mu na ogonie, zbliża się zakręt, widać, że gość fizyki nie zdoła oszukać i zaraz wypadnie z orbity. Żeby mu pomóc w podjęciu decyzji, mrugałem długimi. Efekt? Przestrzelił zakręt, przebił pryzmę, przeleciał rów jak Małysz i zaparkował idealnie między sosenkami w młodniku. Nic mu się nie stało! Chłop wyleciał z kabiny z obłędem w oczach i drze się na całe gardło: „Tony! K***a, tony!”...
Myślałem, że oszalał od tego miodu, a jemu po prostu "miesięczny plan wyrobienia normy" stanął przed oczami.
Inny as z naszej szychty pojechał do miasta po „paliwo alternatywne”. Ponieważ miał już mocno pod sufitem, w drodze powrotnej skasował szlabany na przejeździe kolejowym pod Dyrekcją Kombinatu. Dróżniczka, która namiętnie wajchowała korbami, podała milicji numer samochodu: 265.
Taka liczba stała jak wół na masce: > 265 <. Smerfy przyjechały na szyb szukać podrapanego auta, ale nic nie znalazły. Koleżka po prostu schował się za hałdą i zasnął snem sprawiedliwego, a mundurowi błądzili we mgle.
Powoli miałem już dość tych wyścigów. Jak była pogoda zgrzytało w zębach od kurzu. Jak chlapa - błoto po kolana. Trzymała mnie tam tylko jedna rzecz: obietnica własnego mieszkania.
I nagle nastąpił przełom. Przychodzę na zmianę, a dyspozytor z tajemniczą miną mówi:
„Idź do kierownika”. Pytam, co jest, a ten: „Nic, idź zobaczysz”.
Przez myśl przeleciały mi najgorsze scenariusze. Myślę: „No ładnie, pewnie te leśne ludki coś na mnie doniosły”. Wchodzę, a szef do mnie: „Jedziesz do Jelcza po nowego Żubra”. Pięknie!
W końcu uwolnię się od tego wiecznego błota i monotonii. I faktycznie, dostałem awans na „bombowca”.

Osiodłałem Żubra


Żubr A80
Moja nowa fura służyła do zadań specjalnych. Woziłem tym Żubrem dynamit z Bierunia Starego albo z Krupskiego Młyna, zapalniki i lonty z Pionek. Żeby nie było nudno, zawsze w kabinie siedział ze mną wydawca materiałów strzałowych oraz „drewniak” z "Tetetką" jako ochrona. Byli to chłopo-robotnicy z okolicznych wsi, przebrani w mundury.

Ładowano mi "puchę" 6 ton tego szajsu na raz, „drewniak” miał zabezpieczać o napadu wrogich sił w postaci syjonistów i rewizjonistów Adenauera i żeby mi przypadkiem nie strzeliło do łba wysadzenie w kosmos jakiegoś komitetu. No, takich myśli nie miałem, ale przepis to przepis - szopka musi być.
 Według instrukcji nie wolno mi było stawać bliżej niż 300 metrów od jakichkolwiek zabudowań. Ale umówmy się: kto w PRL-u przejmował się takimi drobiazgami?
Raz, jadąc z pustymi skrzyniami po towar, zlitowałem się nad autostopowiczami - uprzedzając, że w pusze nie ma okien i nie ma jak się ze mną skomunikować. Eee tam, już podróżowaliśmy po plandeką, damy radę. Zapakowałem do puchy wesołą ekipę: trzech chłopaków i dwie dziewczyny. Trasa: z Lubina do Opola. Jak ich wypuściłem po trzech godzinach tej ekskursji, to sam się wystraszyłem. Ekipa wysiadła zielona na twarzach, dokumentnie obrzygana i pijana od samych przeciążeń. Jeden przytomniejszy wykrztusił tylko, że czuli się jak w windzie, która nie mogła się zdecydować, czy jedzie w górę, w dół czy w lewo? Po prostu Żubr zafundował im całkowity reset błędnika. Po tym seansie uznałem, że moja firma cateringowa kończy działalność - zero autostopowiczów.
Z czasem jednak i to zaczęło nużyć. Noc w domu, noc w hotelu (w Bieruniu spaliśmy na terenie dawnego obozu w Oświęcimiu, był tam taki hotelik. Ciągle te same gęby, te same miejsca. A ja lubię, jak coś się dzieje. Na duchu podtrzymywała mnie tylko ta kolejka do M-4.
I w końcu dostałem klucze. Szybka "parapetówa", kumple pomogli w dwa dni wycyklinować parkiet szybą i wjechaliśmy z żoną + pierworodnym w pierwsze swoje mieszkanie. Meble czekały na ten moment u chłopa w stodole. Radocha była niesamowita!
Po kilku dniach, poszedłem do kadr i poprosiłem o natychmiastowe zwolnienie ze względów osobistych. Gdy kadrowa, kierownik pytali dlaczego się zwalniam? Powiedziałem, że udaję się w podróż dookoła świata. Przeniesienia co prawda nie dostałem, ale cel został osiągnięty.
Mieszkanie było moje, a ja mogłem ruszać po "
new experiences".

Nasza chata z kraja

Nasza chata z kraja

Dostaliśmy mieszkanie - na czwartym piętrze, bo wszystkim ze wsi tak dawali.
Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, balkon i piwnica. 

Nie ważne:
https://ebd.cda.pl/620x395/5696531a2?autostart=1

Z dna oka Prolog

Z dna oka Prolog

Z dna oka - Rozdział 1

Z dna oka - Europa 1

Z dna oka Rozdział 5

Polska Rozdział 4

Polska - Rozdział 2