Z dna oka - Kanada 7
Kanada
Rozdział 7
"Jackknife"
- czyli, scyzoryk
![]() |
| Jadziem do Chyc-ago |
Przeprowadzka z ontaryjskiego Chabarowska do GTA była dla nas małym szokiem, czuliśmy się tak, jakbyśmy udali się w ciepłe kraje.
Zatrudniłem się w firmie transportowej, która obsługiwała inne przedsiębiorstwo budujące drogi.
Nie płacili źle, ale ciągnęło mnie, by pozwiedzać trochę Amerykę, a tutaj kręciłem się tylko wokół komina.
Znalazłem kilka firm zatrudniających „owner-operatorów”, czyli kierowców z własnym ciągnikiem. Kupiłem ciągnik taki, na jaki mogłem sobie pozwolić. Wynajmowałem się firmom przewozowym w prostym rozrachunku: dolar za milę z ładunkiem. To była bardzo dobra stawka.
Standardowo oddaje się towar, po czym dzwoni do agentów z prośbą o ładunek na drogę powrotną. Popełniłem jednak błąd. Jechałem do Chicago w nocy z soboty na niedzielę. W niedzielę towaru nie dostałem. Trafił mi się dopiero po trzech dniach.
Przez cztery dni nie spałem tak, jak należy.
Podróż powrotna zaczęła się wieczorem. Byłem potwornie zmęczony. Powtarzałem sobie:
- „Tylko nie zaśnij, jedź równo i spokojnie!”.
To był mój drugi błąd w jednym tygodniu.
Jechałem 90 km/h. - za wolno. Mijały mnie ciężarówki pędzące 110–120 km/h. Zastanawiałem się wtedy, dlaczego te auta z przyczepami i naczepami są obwieszone lampkami jak choinki.
Brałem pod uwagę jedynie miłość, jaką kierowcy mogą darzyć swoje pojazdy. Szybko się dowiedziałem, że to nie tylko miłość...
Północnoamerykański highway w nocy przypomina pas startowy lotniska.
Z ogromnym hukiem przetaczają się wielkie potwory, mijając się nawzajem. W nocy na drogach nie ma policji. A jeśli już się pojawia, to nie z powodu ciężarówek...
Moja Rzegotka, jeśli tylko może, omija jazdę autostradami, po prostu boi się jeździć osobówką za dnia, a w nocy za nic w świecie nie wsiądzie za kółko. Biorąc to na logikę, ma rację. Nie da się zatrzymać takiej kupy żelastwa na dystansie krótszym niż 180-200 metrów przy prędkości 115-120 km/h. A jeśli starasz się zapobiec kolizji wciskając pedał hamulca w podłogę, spowodujesz jeszcze większą katastrofę! Naczepa wyprzedzi ciągnik i zmiecie wszystko, co znajduje się na trzech lub czterech pasach ruchu. To tak zwany „jackknife”, czyli scyzoryk.
| katolicki |
![]() |
| muzułmański |
Uderzenie zostało zamortyzowane przez konstrukcję naczepy. Osie ciągnika i naczepy zbiegły się. Pudło otworzyło jak kwiat w obie strony. Miałem opuszczoną osłonę przeciwsłoneczną chroniącą przed światłami - to ona uratował mój rozum przed rozbiciem. Napastnik miał mniej szczęścia. Wybił sobie cały garnitur zębów o kierownicę.
Po zatrzymaniu się na poboczu wypadłem z szoferki na drogę... na czworakach uciekłem do rowu. Byłem w głębokim szoku. Przyjechała policja. Świecąc mi latarkami w oczy - pytali, czy jestem w stanie odprowadzić to, co zostało, do najbliższego zjazdu. Tarasowałem przecież jedną z najbardziej uczęszczanych dróg, a korek sięgał już 10 mil! - co mogłem zrobić? - przystałem, na propozycję władzy.
Widok, który zastałem po powrocie na jezdnię, całkowicie mnie poraził. Cała autostrada, od mojej ciężarówki aż po horyzont w stronę Chicago, zasłana była śnieżnobiałymi trupami...
Policyjny helikopter oświetlał to pobojowisko bladym słupem światła. Wyglądało to tak, jakby roztrzaskał się szkolny autobus wiozący dziewczynki do pierwszej komunii.
Nogi się pode mną ugięły. Policjanci chwycili mnie krzepko pod ręce. Cały czas wydawało mi się, że unoszę się nad ziemią. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie były ciała pensjonarek. To były tusze owiec owinięte białym płótnem, które wypadły z roztrzaskanej chłodni napastnika.
Prawie nieprzytomnego wsadzili mnie do kabiny. Powolutku, w asyście kilku radiowozów, powlokłem te zgliszcza na najbliższy parking. Policjanci nawet nie badali, czy byłem pijany, na mojej przerażonej gębie wypisane było absolutnie wszystko.
Jeszcze tego samego dnia musiałem jednak wrócić do Chicago na przesłuchanie i załatwienie formalności związanych z ubezpieczeniem. Dano mi spokój dopiero wtedy, gdy znaleźli mnie śpiącego pod biurkiem. Przez kolejny tydzień nie mogłem dojść do siebie. To nie była moja wina - dostałem w zad naczepy, policja dokładnie zmierzyła drogę hamowania. Mimo to, jeszcze dzisiaj - w snach, czasami wracają do mnie wizje tamtego zdażenia
* * *
Budzi mnie swąd spalenizny. Nie taki zwykły - gryzący, ciężki, jakby powietrze miało smak popiołu. Wiatry zachodnie przywiały ten dym z zachodu. Od dwóch tygodni pożary szaleją w Usiech - za górami. W radiu gadają, że spaliło się już 700 tysięcy hektarów lasów.
Siedemset tysięcy. Łatwo powiedzieć. Trudniej zobaczyć. Natura reguluje stan posiadania... albo zaczęło się od peta, a może od kawałka szkła.
Jadę wzdłuż rzeki Yellowstone. Wypływa z najstarszego parku w Stanach - widoki takie, że człowiek by stanął i patrzył, patrzył... gdyby nie robota.
Za Butte mam najwyższy punkt tej trasy za sobą. Zjazd w dół. Silnik jakby to czuł, przestaje się chłodzić wentylatorem, tylko mruczy zadowoleniem. Jak kot z pełnym brzuchem.
Nagle szarpnięcie. Takie, że aż pas bezpieczeństwa werżnął się w żebra. Rzut oka w lewe lusterko... i zimno po plecach.
Scyzoryk?! Tył naczepy idzie w lewo jakby odbił się od skały. Przód traci prędkość i ciągnie na prawą bandę. Słyszę syk jak z butli tlenowej z urwanym zaworem.
- Byłem świadkiem - za ucznia w "Lubuskich Warsztatach" czegoś takiego.
Przy rozładunku butli z ciężarówki upadła taka, której zawór utrącił się o krawężnik. Sunęła z szybkością pocisku po podwórzu jakieś 80 metrów, przebiła kupę koksu, betonowy płot, przeorała kawał ugoru, utkwiła dopiero w kolejowym nasypie. Więc wiem na co stać sprężone powietrze, gdy znajdzie ujście.
Koła zablokowane. Asfalt zczerniał jak przypalony chleb. Ensemble stanęło, blokując lewy pas.
Cisza. Taka po wszystkim.
Wychodzę z kabiny. Nogi z waty. Patrzę do tyłu i czuję zmarszczoną skórę na plecach. Idę wzdłuż naczepy. Zaglądam za nią. Pusto. Nikogo nie ma.
I wtedy dopiero powietrze wraca do płuc. Bo jedno wiem na pewno - mogło być gorzej. Dużo gorzej. Lepiej nawet nie myśleć jak.
Nie ma czasu na wdzięczność dla losu. Za mną już sznur samochodów. Wskakuję do kabiny i próbuję ruszyć. Silnik ryczy jak wściekły. Ciągnik ciągnie, a coś trzyma jak kotwica. Tony żelastwa z ładunkiem za mną.
Powoli, stopa po stopie uwalniam sąsiedni pas. Na asfalcie zostaje czarny ślad.
Hamulce naczepy zablokowane. Pękł przewód. Coś spod kół musiało go przeciąć - i to z impetem.
Nie gaszę silnika. Nie wciskam postojowego. Idę sprawdzić cały skład. Lewy siłownik hamulcowy, przednia oś naczepy. Gumowy przewód przecięty jak nożem. Powietrze uciekło. Sprężyna zrobiła swoje - zablokowała koła naczepy.
Przy 110 km/h naczepa postanowiła zatańczyć własny taniec.
Szczęście, że nikt nie wyprzedzał. Lepiej nie rozwijać tej myśli. Trzeba działać. Moneta, czy wymiana przewodu? Wybieram wymianę, bo mam na zapasie. Piętnaście minut roboty i można jechać. Jakby nic się nie stało. A przecież stało się.
Serendipity
Każdy mężczyzna powinien w życiu:
- wychować syna,
- zbudować dom,
- posadzić drzewo,
- napisać książkę.
Bezdzietny Platon miał poczucie humoru.
Pierwsze nie zawsze zależy od nas. Ale trzy kolejne - choć niełatwe - są do zrobienia.
To pisanie... wyszło trochę przypadkiem. Kolesie mówili:
„pisz to co nam opowiadasz, bo szkoda żeby przepadło."
No to piszę. Łączę przyjemne z pożytecznym - robota za kółkiem, a w głowie zapis. Jak nie komuś, to sobie a muzom - kiedyś, może się przydać. A jak komuś się nie spodoba - świat się nie zawali. Nie musi czytać.
Kiedyś trafiłem na takie słowo: Serendipity. Czyli te momenty, kiedy fart łapie cię za kołnierz, chociaż wcale go nie wołałeś. Podobno z jakiejś perskiej historii o książętach, co mieli więcej szczęścia niż rozumu. Nie wiem, jak to było z książętami. Ale wiem jedno - coś takiego istnieje. Bo za często wychodziłem z sytuacji, które nie powinny się dobrze kończyć. Nie raz wracałem z tańców bez rękawów tylko z kołnierzykiem. Bywało... A tu - jakby ktoś lekko przekręcił kierownicę za mnie.
I tu pasuje jedna historia. Krótka, ale konkretna:
Siedział wróbelek na łące późną jesienią. Zimno jak cholera. Aż tu krowa… no… pomogła mu się ogrzać. Ciepło, miło - wróbel odżył i zaczął ćwierkać z radości. Usłyszał to jastrząb. Przyleciał, wyciągnął go z tego „szczęścia" - otrzepał... i zjadł.
Morały są trzy:
Nie każdy, kto na ciebie nasra, jest twoim wrogiem.
Nie każdy, kto cię z gówna wyciągnie, jest ci przyjacielem.
A jak siedzisz w gównie - nie ćwierkaj.
American truck's:
https://ebd.cda.pl/620x395/553304678?autostart=1

