Z dna oka Europa 2
Europa
Rozdział 2
![]() |
| Parking pod "Trupkem", po prawej BRDowiec |
Kierunek Wschód
Polski szofer podbijał Sojuz:- majtkami, rajstopami i muzyką
Trybik, "Anka" + zepsuty żołądek
Miałem już za sobą parę tras po Niemczech i Francji, nawet raz zaliczyłem Szwajcarię - piękny, bogaty kraj zegarków i "Milki" (czekolady) - jeszcze tam z przyjemnością wrócę.
Tymczasem życie napisało inny scenariusz.
- W Bawarii, a dokładniej w Bad Aibling, załadowaliśmy tak zwaną „wystawkę” z przeznaczeniem na Moskwę. Mój biznesowy partner - Roman Zembek był oszczędny do granic absurdu.
W trasę, zabrał; bochenek chleba, knut kiełbasy zwyczajnej - w papierzanym flaku i dwie litrowe „Anki na leżąco” - nie będę opisywał co to - kto ciekaw niech popyta dziadków.
Zdrowy chłop, ale tym razem "organis" czegoś mu nie zaaprobował. Widocznie zjadł kolację w barze "Rondo" my nazywaliśmy "po schodkach" - był taki pod ręką przy placu Przyjaźni z tabliczką z napisem: „Zakaz palenia wyrobów tytoniowych i gry w karty”, pod którą palili i grali w pokera - ze schodami do kibla niezwykle stromymi, gdzie niejeden Niemiec zleciał w dół tracąc przy okazji portfel.
- Albo, zjadł bułkę z pieczarkami na "Kaczym Rynku" - dlatego przez całą drogę od Słubic, leżał na łóżku, stękał i był skrajnie osowiały. Kiedy dociągnęliśmy do Błonia, podjechałem pod dystrybutor a "starszy" na dyspozytornie. Po zatankowaniu i zaparkowaniu idę na dyspozytornię, dyspozytor:
- "Sam pojedziesz do Moskwy?".
Z opowiadań bywalców, miałem już jakieś blade pojęcie o tym, co mnie czeka.
- Dobra, jadę.
"Gospodarz wozu" (tak nazywano tego, któremu sprzęt przydzielono) został kurować się w domu - ja, ustawiłem azymut na Wschód. sam na sam z maszyną, "wystawką" bez opieki "starszego" (takim go traktowałem).
Zanim dobiłem do Brześcia, zrobiłem najważniejsze: zaopatrzenie w twardą walutę - czyli "machniom".
W Siedlcach, niezbędne zakupy za „fantów” idealne do wymiany na ruble.
Miałem też coś niecoś kupione od „Żyda” w Brunszwiku: kilka peruk, zończyki, rajstopy i absolutny hit tamtych czasów - „tygodniówki” - damskie majtki z dniami tygodnia.
Uzbrojony po zęby w damską bieliznę i parasole wylądowałem na odprawie w Brześciu. „Barysznia” – oficer pograniczników, dała mi wizę, ćwierć kartki z zeszytu ze stemplem, parząc głęboko w moje niewinne oczęta, głosem nie znoszącym sprzeciwu rzekła:
- Yesli vy poteryayete etot chek, vasha boroda vyrastet do poyasa yeshcho do togo, kak vy pokinete Soyuz.
Skwapliwie schowałem papierek głęboko w kieszeni jak największy skarb i ruszyłem przed siebie.
Na początku szosa była szeroka, jak dwie polskie drogi razem wzięte. Człowiek pomyślał: „Ameryka!”. Ale luksus trwał tylko kilka kilometrów - dalej, zaczęła się normalna, wąska, wyboista, która ciągnęła się tak aż do Mińska. Na nocleg zatrzymałem się do Kobryniu. Przy drodze stał hotel w starym przedwojennym dworku, pewnie kiedyś należącym do Polaków. W końcu te tereny były nasze aż za Stołpce.
Dostałem pokój na pięterku. W pokoju... żelazne, wojskowe łóżko, mały stolik - krzesło - na nim miednica - koło krzesła; cynkowe, pogięte wiadro z wodą. Ale na stoliku stały świeże, polne kwiatki w słoiku po owocach południowych (ogórkach z Hortexu).
Chociaż ten obraz był bardzo spartański - te kwiatki robiły robotę, ten jeden mały detal sprawił, że poczułem się jak między swoimi.
Chociaż ten obraz był bardzo spartański - te kwiatki robiły robotę, ten jeden mały detal sprawił, że poczułem się jak między swoimi.
W dworku działała mała restauracja, więc zszedłem coś zjeść.
Kelnerka poinformowała, że w menu króluje „rassolnik z kuricy” i rozbef. Poprosiłem. Było zjadliwe. Nie jestem wybrednym konsumentem - bo... co bym nie zjadł to i tak gówno z tego.
W kącie sali gramofon zaiwaniał czastuszki.
Po obiedzie płacę i pytam dziewczyny:
- Chcecie posłuchać czegoś co teraz w Polsce się słucha?
W kącie sali gramofon zaiwaniał czastuszki.
Po obiedzie płacę i pytam dziewczyny:
- Chcecie posłuchać czegoś co teraz w Polsce się słucha?
- Da, da! - przytaknęła oficjantka.
Przyniosłem z kabiny płytę Africa Simone zakupioną w Siedlcach jego megahit - Ramaya:
https://ebd.cda.pl/620x395/31541344b6?autostart=1
Przyniosłem z kabiny płytę Africa Simone zakupioną w Siedlcach jego megahit - Ramaya:
https://ebd.cda.pl/620x395/31541344b6?autostart=1
Puścili na cały regulator. Trzeba było widzieć ten lokal jak zawartość ruszyła w pląsy!
"Africa" sprzedałem z bardzo przyzwoitym zyskiem.
Koński łeb i chiński długopis
Rano ruszyłem dalej. Minąłem Niemen i - szczerze mówiąc, mocno się rozczarowałem.
- Myślałem, że to potężna rzeka, a tam - po małym piwie można przesikać.
Dojeżdżając do Mińska, zobaczyłem duży hotel „Feniks”. Zakodowałem w głowie: „będzie gdzie spać w drodze powrotnej”.
Wokół Mińska „Kalco” - obwodnica - walę prosto, przez miasto - widzę znak; koński łeb przekreślony na ukos - zakaz wjazdu dla „gruznych maszyn”.
Ujechałem kawałek - oczywiście, wyrasta jak spod ziemi „Nastajaszczy”, czyli milicjant. Zatrzymuje mnie, podchodzi do uchylonej furtki (dziwi kabiny) - pyta z wyrzutem:
Ujechałem kawałek - oczywiście, wyrasta jak spod ziemi „Nastajaszczy”, czyli milicjant. Zatrzymuje mnie, podchodzi do uchylonej furtki (dziwi kabiny) - pyta z wyrzutem:
- Ty nie widział znaka?
Patrzę na niego niewinnymi oczami i mówię bez mrugnięcia okiem:
- Widziaaał, widział. Ale tam, na obwodnicy, taki sam ładny chłopak jak Ty powiedział mi, że mienia nada priamo wadzić maszynu. Tak i ja jedu!
Stanął na stopniu auta, kręci głową, a oczkami zerka po kabinie. W końcu jego wzrok padł na długopis z gołymi babami od Królaka leżący na desce. Wziął go do ręki, ogląda z zachwytem z każdej strony i pyta:
- Kto pridumal takuyu ostroumnuyu ruczku?
- Kitajcy - odpowiadam zgodnie z prawdą.
Na dźwięk słowa „Chńczycy” (grupa komunistów chińskich zaatakowała pracujący w polu radziecki traktor. Traktor odpowiedział celnym ogniem kilku dział rakietowych zabijając 100 Chińczyków, po czym z dwukrotną prędkością dźwięku odleciał w kierunku Moskwy.
Na dźwięk słowa „Chńczycy” (grupa komunistów chińskich zaatakowała pracujący w polu radziecki traktor. Traktor odpowiedział celnym ogniem kilku dział rakietowych zabijając 100 Chińczyków, po czym z dwukrotną prędkością dźwięku odleciał w kierunku Moskwy.
Ministerstwo Rolnictwa ostrzega chińskich towarzyszy, że jeśli incydent się powtórzy, na pola zostaną wysłane kombajny) milicjant aż się skrzywił. Rzucił długopis do kabiny, zeskoczył ze stopnia i machnął ręką. Przemknąłem przez Mińsk - szerokie ulice, masa zieleni i potężne gmaszysko Komitetu Partii.
Śmietana i pomniki Lenina
Śmietana i pomniki Lenina
W drodze do Moskwy mijałem kilkanaście miejscowości, w tym słynną Berezę z rzeką Berezyną gdzie Napoleon utopił około dwudziestu tysięcy żołnierzy swej armii.
Pod Smoleńskiem wstąpiłem do „Bieriozki” - tak nazywały się tamtejsze przydrożne restauracje.
W środku, klasyka radzieckiego zaopatrzenia; wińco, "krupka w tamatie - byczki w konserwach, ocet i śmietana. Ta ostatnia była akurat wyśmienita - gęsta, że bierz nóż i krój.
Porównując naszych ludzi do tamtych... biedny to był naród. Smoleńsk minąłem bokiem. Na polach wokół hulał wiatr i dziki łubin kwitnący na niebiesko. Od czasu do czasu na szosie widziałem widok nie do pomyślenia na Zachodzie - kobiety lepiące dziury w asfalcie. W końcu wjechałem do Moskwy.
Sokolniki, gdzie miałem rozładunek, znajdowały się we wschodniej części miasta. Musiałem przejechać całą stolicę „szagom”. Milicji na ulicach zatrzęsienie, na blokach straszyły hasła propagandowe.
Przez całą drogę w każdym mieście, wsi i posiołku, przy wjeździe i wyjeździe pomniki Lenina w pozie: stojący i rozmyślający; szto stwierił - jak w Nowej Hucie, albo stojący z wyciągniętą ręką skierowaną na Zachód - wskazując drogę do wolności i dobrobytu.
Moskiewski desant i dziewczyny
Na Sokolnikach spotkałem kolegów z firmy. Był piątek, Tamożnia nie rabotajet. Trzeba czekać do poniedziałku. Siedmiu polskich chłopaków uziemionych na weekend w Moskwie. Będzie wesoło.
Jedziemy w miasto! Kawałek parkiem z buta i w metro.
Ludzie radzieccy byli bardzo komunikatywni - my, w metrze wzbudziliśmy sensację. Koledzy ubrani w słóżbowe, firmowe, stalowe mundury - z gapą na lewej piersi więc Moskwianie brali nas za polskich lotczyków.
Na Sokolnikach spotkałem kolegów z firmy. Był piątek, Tamożnia nie rabotajet. Trzeba czekać do poniedziałku. Siedmiu polskich chłopaków uziemionych na weekend w Moskwie. Będzie wesoło.
Jedziemy w miasto! Kawałek parkiem z buta i w metro.
Ludzie radzieccy byli bardzo komunikatywni - my, w metrze wzbudziliśmy sensację. Koledzy ubrani w słóżbowe, firmowe, stalowe mundury - z gapą na lewej piersi więc Moskwianie brali nas za polskich lotczyków.
Wylądowaliśmy na Placu Dzierżyńskiego, tuż pod siedmiopiętrowym pomnikiem „Gieroja” odlanym ze spiżu. Przy placu hotel "Berlin", za rogiem Łubianka, a na ostatnim piętrze hotelu elegancka restauracja serwująca "Fikołki". Fikołek -100 gram w Koniakówce - Moskowskaja + Stołicznaja + Arrat + Sowietskoje Szampanskoje + Wisienka.
Weszliśmy, pojedliśmy, popiliśmy, pogadaliśmy... Urwaliśmy się z Bogdanem.
Nie tylko "Fikołkami" człowiek żyje! Wróciliśmy metrem do sokolnickiego parku. W parku co kawałek stały kioski z pamiątkami: setki "woluminów" dzieł wybranych; Marksa, Engelsa, Lenina plus pamiątkowe statuetki wieszczy. Idąc od stacji metra, zatrzymaliśmy się przy jednym z nich.
Nie tylko "Fikołkami" człowiek żyje! Wróciliśmy metrem do sokolnickiego parku. W parku co kawałek stały kioski z pamiątkami: setki "woluminów" dzieł wybranych; Marksa, Engelsa, Lenina plus pamiątkowe statuetki wieszczy. Idąc od stacji metra, zatrzymaliśmy się przy jednym z nich.
W środku prześliczna sprzedawczyni. Zaczęliśmy rozmawiać. Rosyjski znam ze skwierzyńskiej ulicy od repatriantów ze Wschodu plus to czego uczyła pani Wiktoria w porządnej podstawówce.
Od słowa do słowa dziewczyna zaprosiła nas do środka. Ciasno tam było, ale przyjemnie. Zawołała koleżankę z sąsiedniego kiosku, rozmowa nabrała kolorów.
- Nagle z zakamarku kiosku, wjechała butelka bimbru - co ciekawe - w butelce z nalepką po „Wyborowej”. Śmialiśmy się, że skoro litery na etykiecie były inne, to bimber zmienił smak.
Nie zamierzaliśmy marnować takiego wieczoru. Zaprosiliśmy dziewczyny na kolację do pobliskiej restauracji "Złoty Kłos" pod pomnikiem robotnika z młotkiem i kołchoźnicy z sierpem - znany z czołówek Mosfilmu,
Zgodziły się chętnie gdy skończą dyżur, zostać naszymi przewodniczkami po Moskwie.
W restauracji po kolacji zaczęły się tańce, gdy zabawa nabierała cugu kelnerki bezczelnie zaczęły sprzątać stoły. Zaraz 23:oo zamykamy - koniec, reżim nie miał litości dla nocnego życia obywateli.
Wtedy Nina-przewodniczka rzuciła hasło:
Nie zamierzaliśmy marnować takiego wieczoru. Zaprosiliśmy dziewczyny na kolację do pobliskiej restauracji "Złoty Kłos" pod pomnikiem robotnika z młotkiem i kołchoźnicy z sierpem - znany z czołówek Mosfilmu,
Zgodziły się chętnie gdy skończą dyżur, zostać naszymi przewodniczkami po Moskwie.
W restauracji po kolacji zaczęły się tańce, gdy zabawa nabierała cugu kelnerki bezczelnie zaczęły sprzątać stoły. Zaraz 23:oo zamykamy - koniec, reżim nie miał litości dla nocnego życia obywateli.
Wtedy Nina-przewodniczka rzuciła hasło:
![]() |
| Sokolniki |
- Przenosimy się do mnie. Zrobiliśmy szybkie zapasy, złapaliśmy „taryfę”, po niecałej godzinie byliśmy na miejscu.
Ararat, gruzińskie dumki i Ocean bez ryb
Mieszkanie mieściło się w wielkim moskiewskim blokowisku, na którymś tam piętrze - wchodzimy:
- czysto, podłogi gołe za to dywany dumnie wisiały na ścianach. Trzy pokoje z kuchnią, łazienką i balkonem - metraż zdecydowanie większy niż w ówczesnych polskich M-4.
Nina puściła patifon i z Tamarą zabrały się w kuchni za przyrządzanie zakąski
My z Bogdanem spoglądaliśmy na siebie w salonie zadowoleni z decyzji urwania się kolegom.
Z głośników sączyły się jakieś melancholijne, gruzińskie dumki. Dziewczęta w kuchni głośno się śmiały - z nas, czy z naszych rosyjskich łamańców językowych. Wszedłem do kuchni:
My z Bogdanem spoglądaliśmy na siebie w salonie zadowoleni z decyzji urwania się kolegom.
Z głośników sączyły się jakieś melancholijne, gruzińskie dumki. Dziewczęta w kuchni głośno się śmiały - z nas, czy z naszych rosyjskich łamańców językowych. Wszedłem do kuchni:
- Mówcie głośniej, my też się pośmiejemy!
- A szto ty takij interesnyj? - odparowała z błyskiem w oku Tamara. Zapytałem czy im pomóc, ale pogoniły mnie ścierką.
Bogdan był zabójczo przystojnym facetem i od początku ostro adorował Tamarę. Dziewczyna była w siódmym niebie, szczebiotała jak pticzka - trafiła na swój dzień. Boguś, był Łodzianinem z Bałut zanim przyszedł do firmy jeździł "Wesołym Autobusem" z Kierdziołkiem - "Cie choroba". Pewny siebie siedział rozparty w fotelu, ze smakiem sącząc kaukaski Ararat.
Nina z kolei była spokojną, zrównoważoną dziewczyną. Rozmawialiśmy i rozumieliśmy się nadzwyczaj dobrze. W końcu zakąski wjechały na stół. A menu było iście królewskie: czarny kawior, ryba, wędliny, sałatka tomatna i - rzecz jasna ogorce toże byli. Do tego gorąca herbata.
Toasty spełnialiśmy na zmianę Araratem i Sowieckim Szampanem. Kiedy co jakiś czas rzucałem coś szybko do Bogdana po polsku, dziewczyny nie rozumiały i boki zrywały z tego naszego szeleszczenia.
W pewnym momencie Tamara postanowiła zabłysnąć dowcipem, który pamiętam do dziś.
Spojrzała na nas zza kieliszka i pyta:
- Znacie to? - Szto eto takije: „Dwie krupki w tamatie i dwie pi... w chałatie”?
Rozłożyliśmy bezradnie ręce. Eto wielikij magazin „Akiean”! - wyjaśniła niewinnie.
Śmichoty, chichoty nie miały końca. To był czysty radziecki realizm. Sieć sklepów rybnych „Ocean” była wtedy nowością, ale poza mrożoną miętą i puszkami kryla w sosie pomidorowym nic tam nie było, a obsługa w wielkich czapach i chałatach stała bezczynnie jak nastajaszczy na mińskim kalcu.
By nie odbiegać od tematu i ja przytoczyłem dowcip jaki słyszałem onegdaj pod tytułem:
"Zupa pieczarkowa".
- Pozór:
Kolega był na Kremlu, oglądał tam licznie zgromadzone pamiątki. Uwagę jego zwróciło dwanaście zabalsamowanych ciał z tą sama data śmierci.
- Dlaczego te daty są z jednego dnia - pyta przewodnika?
- Delegacja państwowa z Mongolii zatruła się pieczarkami - wyjaśnia przewodnik.
- Ale ten ostatni delegat... on ma dziurkę w czole - zaoponował kolega.
- Ten? - ten... nie chciał jeść pieczarek.
![]() |
| GUM - Gławnyj Uniwermag |
Nina na stoisku „Zołotnym” (co później skwapliwie wykorzystywałem), pochodziła z moskiewskiej rodziny jubilerskiej od kilku pokoleń. Tamara z kolei rządziła na sprzęcie gospodarstwa domowego.
Te kioski w parku na Sokolnikach, to była tylko ich „praca społeczna”.
Zapach „Diekałonu” i powrót na ziemię
Nina nastawiła wolną muzykę do tańca. Musieliśmy zachowywać się cicho - w końcu to było mieszkanie w bloku, a ściany - choć z dywanami miały uszy.
Te kioski w parku na Sokolnikach, to była tylko ich „praca społeczna”.
Zapach „Diekałonu” i powrót na ziemię
Nina nastawiła wolną muzykę do tańca. Musieliśmy zachowywać się cicho - w końcu to było mieszkanie w bloku, a ściany - choć z dywanami miały uszy.
Pociągnąłem Ninę na parkiet, Tamara porwała Bogdana. Atmosfera zaczęła gęstnieć.
Szum w głowie po trunkach, zapach rozgrzanych ciał i „Diekalonu” robiły swoje.
Muzyka zwalniała z każdym utworem, zgasły światła. Jedynie światło z ulicznych latarń oświetlało wnętrze. Widziałem zamglone oczy Tamary - Bogdan znał się na rzeczy, w końcu był jeszcze wolnym.
Na Ninę ten nastrój też mocno działał. Tylko ja byłem w sandałach. Powiedziałem jej o tym uczciwie na samym początku, kiedy o to zapytała.
Nie chciałem przyspieszać finału, zacząłem się trochę wygłupiać, żartować by odsunąć moment próby charakterów. Mieliśmy przecież przed sobą resztę nocy. Nina, wspaniałomyślnie zaproponowała bym udał się z nią w przeszłość. Wyciągnęła stare, rodzinne albumy ze zdjęciami. Usiedliśmy blisko siebie, głowa przy głowie - jak dzieci zafascynowane oglądaniem komiksów. Pokazywała mi dawny, przedrewolucyjny świat moskiewskich jubilerów.
Szum w głowie po trunkach, zapach rozgrzanych ciał i „Diekalonu” robiły swoje.
Muzyka zwalniała z każdym utworem, zgasły światła. Jedynie światło z ulicznych latarń oświetlało wnętrze. Widziałem zamglone oczy Tamary - Bogdan znał się na rzeczy, w końcu był jeszcze wolnym.
Na Ninę ten nastrój też mocno działał. Tylko ja byłem w sandałach. Powiedziałem jej o tym uczciwie na samym początku, kiedy o to zapytała.
Nie chciałem przyspieszać finału, zacząłem się trochę wygłupiać, żartować by odsunąć moment próby charakterów. Mieliśmy przecież przed sobą resztę nocy. Nina, wspaniałomyślnie zaproponowała bym udał się z nią w przeszłość. Wyciągnęła stare, rodzinne albumy ze zdjęciami. Usiedliśmy blisko siebie, głowa przy głowie - jak dzieci zafascynowane oglądaniem komiksów. Pokazywała mi dawny, przedrewolucyjny świat moskiewskich jubilerów.
Tamara, trzymając w ręku kieliszek szampana, pociągnęła Bogdana na balkon. Z balkonu było też bezpośrednie wejście do sypialni...
Po pewnym czasie ciche śmiechy i szepty na zewnątrz ustały.
- Cóż, wymknęli się spod kontroli.
Nina popatrzyła na mnie znacząco, zamykając album ze zdjęciami. Wtedy pomyślałem sobie jedno z życiowych zdań: „Szczęśliwym jest człowiek, który w życiu nie tylko cieszy się, ale też ma z czego się cieszyć”. Doceniłem tę chwilę, to ciepło i szacunek, jaki sobie daliśmy.
Wstaliśmy około 10:oo rano. Po śniadaniu dziewczyny zabrały nas na profesjonalne zwiedzanie Moskwy, znały swoje miasto jak własną kieszeń. Zobaczyliśmy cały Kreml, potężną „Car Puszkę”, gigantyczny dzwon „Car Kołokoł” i mury kremlowskie. Pod Mauzoleum Lenina stała gigantyczna kolejka, ale zgodnie uznaliśmy, że odpuszczamy - oglądanie truchła mogłoby nam tylko zepsuć te piękne wrażenia.
Zjedliśmy obiad w restauracji - potem, zaliczyliśmy genialny, długi spacer wzdłuż rzeki Moskwy, zahaczając wieczorem o huczny festyn nad wodą.
Do samochodów wróciliśmy w poniedziałek rano. Zmiennik Bogdana był bliski zawału - aż trząsł się z nerwów. Nie mieli pojęcia, gdzie nas wcięło przez cały weekend! Powiedział, że dawali nam jeszcze dokładnie godzinę, a potem by poszli zgłosić zaginięcie na milicję. jeszcze godzina i... Międzynarodowa afera, poszukiwania dwóch polskich szoferów w sercu ZSRR! Uśmiechnęliśmy się z Bogusiem, klepiąc "starszego" po ramieniu:
- Spokojnie, stary... Byliśmy w naprawdę dobrych, profesjonalnych rękach.
* * *
Bywałem wielokrotnie w Moskwie. W hotelu "Orlonok" na "Leninowskich Wzgórzach" serwowali podobne "Fikołki" i... można było tam kupić papierosy Breżniewa - "Zołotyję Runo".
Rządzili tam Gruzini z Ormianami - Rosjanina nie uświadczył.
Rządzili tam Gruzini z Ormianami - Rosjanina nie uświadczył.
* * *
Raz, wracając z Moskwy, zaproponowałem chłopakom dobre jedzenie w znajomym mi miejscu (trzy wozy, 6-ciu chłopa) w Gościnicu koło Smoleńska (trzeba było lekko odbić od głównej drogi), trafiliśmy na gruzińskie wesele...
* * *
Raz, wracając z Moskwy, zaproponowałem chłopakom dobre jedzenie w znajomym mi miejscu (trzy wozy, 6-ciu chłopa) w Gościnicu koło Smoleńska (trzeba było lekko odbić od głównej drogi), trafiliśmy na gruzińskie wesele...
* * *
Któregoś razu, zawiozłem chłodnią leki z Francji. Pamiętam były Igrzyska olimpijskie w Montrealu.
Stoję odprawiony przez Tamożnię na placu firmy dla której przeznaczone są leki.
- Piątek, godzina 15., agregat chłodni pracuje, bo upał a leki muszą być w temperaturze 8 stopni w plusie - tak stoi w liście przewozowym (leki zostały rozładowane na plac. Gdy wskazałem na list przewozowy i zalecaną temperaturę przechowywania, odpowiedziano, że jak ma umrzeć to żaden lek nie pomoże). W biurze słyszę:
- Priedij w paniedielnik, siewodnia dalsze nie rabotajem. Wam nużno pokinut płoszadi, zdeś nelzja parkowatsa.
- Piątek, godzina 15., agregat chłodni pracuje, bo upał a leki muszą być w temperaturze 8 stopni w plusie - tak stoi w liście przewozowym (leki zostały rozładowane na plac. Gdy wskazałem na list przewozowy i zalecaną temperaturę przechowywania, odpowiedziano, że jak ma umrzeć to żaden lek nie pomoże). W biurze słyszę:
- Priedij w paniedielnik, siewodnia dalsze nie rabotajem. Wam nużno pokinut płoszadi, zdeś nelzja parkowatsa.
Stanąłem na ulicy nieopodal magazynów pod rozłożystymi lipami. Po drugiej stronie ulicy rząd bloków. Po dwu godzinach siedzenia w kabinie słuchania radiowej transmisji z Olimpiady w Monrtealu (21. Igrzyska Olimpijskie - lipiec 1976.), transmitowanej przez Radio Moskwa, przerywanej co godzinę komunikatem pogody:
- "Segodnia iw Krasnodarskom kanoe temperatura sostawlajet dwadtsat sem gradusow Tselsija.
Na Kamczatke - siem...".
Biorę reklamówkę z Aldi wkładam do niej litr "żyta" z karbowanym dnem (Baltona), dobre kilo myśliwskiej + Milkę 25 dkg. (czekolada szwajcarska) z DDRowskiego Intershopu - jaki był za Marienbornem. Idę do bloku w "gości".
- "Segodnia iw Krasnodarskom kanoe temperatura sostawlajet dwadtsat sem gradusow Tselsija.
Na Kamczatke - siem...".
Biorę reklamówkę z Aldi wkładam do niej litr "żyta" z karbowanym dnem (Baltona), dobre kilo myśliwskiej + Milkę 25 dkg. (czekolada szwajcarska) z DDRowskiego Intershopu - jaki był za Marienbornem. Idę do bloku w "gości".
Wchodzę na pierwsze piętro, idąc korytarzem oglądam wycieraczki, albo ich brak (gospodynię mieszkania oceniam zawsze po wycieraczce i kiblu). Wybrałem najbardziej okazałą.
- Przyciskam dzwonek... po chwili otwiera kobieta (widok utwierdził mnie po raz enty, że swojej intuicji mogę bezwzględnie ufać).
- Przyciskam dzwonek... po chwili otwiera kobieta (widok utwierdził mnie po raz enty, że swojej intuicji mogę bezwzględnie ufać).
- Izwinite, ja polskij woditel. Ja priwoz lekarstwa iz Frantcji, no skład segodnia zakryty i mne pridotsja podożdat do ponidelnika. Mogu li ja posmotret transljatsiju olimpijskikh igr po waszemu telewizoru?
Budu błagodaren.
Zmierzyła mnie w pionie, poziomie, obróciła się i podniesionym głosem powiedziała;
- Igor, idi sjuda!
- Igor, idi sjuda!
Przyszedł Igor więc powtarzam mantrę. Też zmierzył mnie i... zaprosił do środka.
Przedstawiłem się parze przywitali mnie - podając dłonie. Buchnąłem szarmancko gospodynię w mankiet, wręczyłem reklamówkę - tak i my poznakomiliś.
Uderzała duża przestrzeń mieszkania, było o wiele większe metrażem jak nasze "Gierkówki" - i... dywany na ścianach tzw.; "kawiory" głuszące podsłuch zza ścian - "Zło nie śpi".
Absolutny klasyk w blokach, które pełniły rolę nie tylko ozdobną.
Absolutny klasyk w blokach, które pełniły rolę nie tylko ozdobną.
Igor posadził mnie w pokoju z telewizorem, wkluczył odpowiedni kanał - są igry.
Nadia Comaneci na równoważni. Czyli, nudo! - spier... no.
Nadia Comaneci na równoważni. Czyli, nudo! - spier... no.
Po dłuższej chwili gospodyni (w innym stroju), przynosi herbatę, konfitury i płomienny uśmiech - piękna kobieta jak wszystkie Słowianki.
- Nie jest prawdą, że kobiety bywają brzydkie, nie ma brzydkich, bywają za-nie-dba-ne.
Za chwilę Igor wnosi tacę ze szkłem i zagrychą. Przeleciało mi przez "umys" że... zapowiadanego Wszoły nie zobaczę. Rozpoczął się regularny razgawor. Mimo ogromnej przyjaźni nie wiele wiedzieli o "zaprzyjaźnionych" narodach i krajach - tak, jak i my o nich. Oświecałem w miarę moich możliwości, mając z tyłu głowy to, na ile mogę uchylić tajemnicy by wilk był syty i owca cała.
Po przełamaniu pierwszych lodów nastąpiło ocieplenie w relacjach - po "spożyciu" rozmowa potoczyła się wartko tak, że po pół godzinie pojawiło się więcej gości. Były tańce, hulanki swawole.
Następne dwa dni spędziłem w innych miejscach w wybornym towarzystwie bez obaw o auto z ładunkiem którego pilnował cieć w portierni firmy dla której był ładunek. Postarał się o to Igor (pracował gdzieś w okolicach Kremla).
Rosjanie są wspaniali, tylko rukawództwo funta kłaków warte.
- Nie jest prawdą, że kobiety bywają brzydkie, nie ma brzydkich, bywają za-nie-dba-ne.
Za chwilę Igor wnosi tacę ze szkłem i zagrychą. Przeleciało mi przez "umys" że... zapowiadanego Wszoły nie zobaczę. Rozpoczął się regularny razgawor. Mimo ogromnej przyjaźni nie wiele wiedzieli o "zaprzyjaźnionych" narodach i krajach - tak, jak i my o nich. Oświecałem w miarę moich możliwości, mając z tyłu głowy to, na ile mogę uchylić tajemnicy by wilk był syty i owca cała.
Po przełamaniu pierwszych lodów nastąpiło ocieplenie w relacjach - po "spożyciu" rozmowa potoczyła się wartko tak, że po pół godzinie pojawiło się więcej gości. Były tańce, hulanki swawole.
Następne dwa dni spędziłem w innych miejscach w wybornym towarzystwie bez obaw o auto z ładunkiem którego pilnował cieć w portierni firmy dla której był ładunek. Postarał się o to Igor (pracował gdzieś w okolicach Kremla).
Rosjanie są wspaniali, tylko rukawództwo funta kłaków warte.
* * *
Za którymś tam kursem - wracając, zabrałem dziewczynę z dwoma workami kartofli z pod Smoleńska do Mińska. Ginekolog. Wracała z czynu społecznego oddelegowana ze szpitala na wykopki.
* * *
Przy rozładunku kolejnej "wystawki" na Sokolnikach rozładowywał sztaplarką około 25-letni chłopak.
Siedziałem na siedzeniu w kabinie, drzwi otwarte. Pod koniec rozładunku pyta mnie:
- Otkuda yedet etot gruz?
- Otkuda yedet etot gruz?
Dve tysyachi trista sem'desyat kilometrov ot Moskvy.
Bozhe moy, kakaya glush
- "Gdie Vy pauczyl ruskowo jazyka?"
- W szkole.
- "Vy khorosho govorite na nashem yazyke".
Wyłączył maszynę i przyszedł pod auto. Poczęstowałem go "Malborem", zaciągnął się głęboko:
- "Ot... wkusnyj cigaret". I mówi mi:
- "Tiebia nada zachadit w mauzoleji".
- Pytam: – A szto eto takoje?
- "Nu kak!? Ty nie znajesz, szto eto mauzoleji? Nu kak, ty nie znajesz? Siegda Lenin lezyt!?". Pytam:
- A kto takoy Lenin?Popatrzył na mnie złym wzrokiem, tak jakbym wyparł się własnej matki. Rzucił zapalonego przed chwilą papierosa, siadł w maszynę i nawet nie popatrzył w moją stronę.
* * *
Wracając do kraju, widzę auto z naszej firmy pod "Bieriozką". Zatrzymałem się, żeby coś "przetrącić". Wszedłem do środka, rozglądam się, ale kierowcy z mej firmy nie widzę. "Może gdzieś poszedł"
- pomyślałem. Coś tam zamówiłem i żuję.
- Naraz okropny hałas doszedł z zaplecza. Po chwili wychodzą - koleś i druga ekspedientka. Czerwoni na twarzach, panienka rozczochrana, kierowca zasapany, trzymający w garści jakąś szmatę.
Podszedł do mnie. Pytam:
- Co się stało?
- Chodź do auta, to ci powiem. Dojadłem. Wyszliśmy
- Wiesz, mierzyliśmy ten golf (miał elastyczny golf, damską bluzkę w ręku, rozmiar jak na krowę). Wożę ten golf już... może rok? I... no wiesz... handel wymienny. Zawsze chętna się znajdzie.
- Ale ten hałas, co to było?
- pytam.
- A... hałas. Poszliśmy mierzyć na zaplecze, nie było jak, więc ona oparła się rękoma o stos skrzyń po occie, a ja ją od "zakrystii" i jak nam się "byle jak robiło" - popchnąłem za bardzo i ten stos się przewrócił. Stąd ten hałas.
Popuściłem w portki. A czemu nie dałeś jej tej bluzki?
- Bo za wielką. Powiedziałem że przywiozę mniejsza, następnym razem.
Ruszyłem z pod Bieriozki ze łzami w oczach ze śmiechu. Trzeba przyznać miał koleś smykałkę do biznesu.
* * *
Innym razem wracając, była późna jesień, temperatura minusowa Za Smoleńskiem w promieniach zachodzącego słońca, widzę idącego mężczyznę, zatrzymuje na kciuka. Zatrzymałem się. Wsiadł, pozdrowił, zdjął czapkę i skulił się na siedzeniu z siną twarzą.
Po kilku minutach pytam;- skąd, dokąd?
Pociągnął mocno nosem aż się zagotowało - myślę; połknie, wypluję za okno czy na podłogę? Opuścił szybę puściłł motyla.
Pytam; - głodny? Popatrzył na mnie jak głodny psiak. Podniosłem łóżko - bierz co chcesz; chleb, kiełbasa - tam jest masło, tu minerałka.
Gdy zaspokoił głód wyjawił:
- gdy można to do Kobrynia, wracam z ciurmy z budowy Brackiej Elektrowni. Siedziałem 10 lat. By uprzedzić. Nikogo nie zabiłem, banku nie obrabowałem, pracowałem w sowchozie - zaprzęgając kobyle do wozu kobyła kręcąc się złamała dyszel, zakląłem na nią nazywając:- leninskja błądź, ktoś usłyszał, zakablował i 10 lat pauczyl.
Ludzie u nas dzielą się na trzy rodzaje: Tych co siedzieli, siedzą, i siedzieć będą.
![]() |
| Bieriozka |



