Z dna oka Rozdział 5
Polska
Rozdział 5
Merry
Mercedes-Benz W123
- kawał historii mojego życia.
Siedziałem wczoraj w garażu, teraz też siedzę, bo pada deszcz. Przestanie o czternastej - ponoć, bo prognozy sprawdzają się podobnie do specyfików na porost włosów.
Kapie, ciurka mi Aqua Vitae...Wodą życia. Popatruję, między jednym liźnięciem palca umoczonego w „Papudze" a drugim, na poukładane kartony z barachłem, w jakie człowiek tu obrósł. Żal wyrzucić, ale po cholerę trzymać kiedy zawadza. Wezmę zrobię remanent - myślę smakując moc cieczy cieknącej z rurki.
![]() |
| Papuga |
Zanim to wyrzucę barachło na scrap - sprawdzę, czy czasami metryki urodzenia tam nie ma.
Kopałem w kartonach - aż znalazłem Merry (Mercedes-Benz W123). Wspaniała była do jazdy, jak i pakowna. Rzegotka - moja żonka - całą rodzinną historię, udokumentowaną kwitami i fotkami, prowadzi od lat jak księgowy Watykanu. To auto to kawał historii naszego - bardziej, mojego - żywota.
Szrot w Brunszwiku
Po dwu latach pracy w firmie istniała możliwość zakupu auta za granicą - raczej złomu, bo przecież na coś dobrego nie było stać, nawet dyrektora bazy w Słubicach. Starym Oplem jeździł - reflektor mu przywiozłem ze złomu, bo potrzaskał.
W Brunszwiku, koło starej stacji kolejowej, był szrot. Tam wymacałem to autko. Kufer miał tak przegnity, że jak otworzyłem to ziemię było widać, ale trzymało się to wszystko kupy. Za to silnik miał prawie nówkę, zaledwie 17 tysięcy kilometrów najeździły Niemce. Tak zapewniał szef szrotu Her Hajnryś. Chodziło to auto w dyrekcji huty w Peine jako służbowe. Widać było, że silnik sprawny: odpalał na widok kluczyka.
Kupiłem to cudo za 1600 maruchów i litr Żyta z karbowanym dnem... kto zabawiał się tym szkłem z Baltony lub Pewexu ten czai o co biega. Flachę policzył za benzynę. Dał mi bańkę, „księgowego" i kazał nadoić paliwa z gratów. Nadoiłem pod korek. Z żadnego salonu nie wyjechałbym z pełnym bakiem. Her Hainryś er war ein ehrlicher mann.
Pracownik szrotu załadował skorupę na lorę i na granicę do Helmstedt, a my z „Mietyszkiem" - wspólnik w biznesie - za nim. Tam zwalił to cacko, powiedział Glück i pojechał na zad.
Na odprawie kwitów przewozowych i karnetu TIR pytam celnika, jak mogę przeprowadzić ten mój nabytek do Polski.
- Masz kwit kupna?
- Mam.
- To jedź, przejedziesz.
Tak i było. Przejechałem.
Ciężej było ze „Szkiedrami" - Grenztruppen der DDR. Musiałem wykupić tymczasowe blachy na przejazd przez „ranczo" za 20 zachodnich marek. Po odprawie zjechałem na parking i czekam na Miecia. Podjechał i mówi: Zatrzymaj się po drodze, dasz się przejechać. Oki, mówię. Stanę za Berliner Ring. Przetestuję rupcia, byś się nie skaleczył niechcąco. Na lewy pas - bo prawy jak kra na zamarzniętej Wiśle i w pedał.
Mimo że złom podążał zupełnie jak rasowy rumak, a nie jak Dacia - miałem to cygańskie dziecię, na licencji Francuzów zrobione z rumuńskiej brukwi. Co 7–8 tysięcy kilometrów kapitalny remont. Rwały się tłoki, krzywiły głowice - przez 110 tysięcy kilometrów, jakie na niej natłukłem, chyba osiem razy remont. Dopiero jak przykupiłem na francuskim złomie silnik Renówki 12, zaczęło wozidełko uchodzić za jako taki pojazd. Sprzedałem koleżce taksiarzowi. Gdy byłem z wizytą w Oj, czyźnie, powiedział mi, że Dacia zrobiła prawie 300 tysięcy kilometrów bez poważniejszego remontu.
Stanąłem za Ringiem i czekam na Miecia. Podjechał naszą fabryką hałasu:
![]() |
| Fiat NG190 |
Gdy ruszyłem za nim zniknął mi z ócz w jednym momencie.
- Dobrze! Jak ma się rozlecieć, to niech tu się rozleci.
Blachy zabrali mi Niemcy na Świecku. Z naszymi było lżej na odprawie, policzyli za złom użytkowy. Wyszło coś 1500 złociszy. Celnik mi mówił, że puściłby mnie za pół litra, ale musi ten towar wpisać w jakieś księgi, wydając kwit celny, na podstawie którego będę mógł zarejestrować te cacko. Kombinowaliśmy jak to obejść - tak, że pół litra przeciekło przy kombinacjach - ale, nijak się nie dało tego przeskoczyć.
Przyjechałem pod hotel, rozliczyłem się z służbowej podróży. Podjechałem na CPN koło kościoła w Słubicach, żeby zatankować - pompiarz w krzyk, że jestem Niemcem, a tablice zdjąłem dlatego, żeby mu markami nie płacić, i jeszcze mi straszy, że zadzwoni na melicję. Widzę, że głupi albo pijany. Plunąłem i jadę z duszą na ramieniu, czy dojadę do Krosna - bo wskaźnik paliwa nie działał. Dużo rzeczy nie działało, ale jechało i - jak na razie - w kupie. Dojechałem do Krosna, na rynku zatankowałem full-ap i rura.
Przyjechałem pod blok, fanty w garście i w domowe progi.
- Cho - mówię do Rzegotki - cię powożę. Zobaczysz, ocenisz i...?
Wsiadła, a ja z kopyta. Na lubińskiej obwodnicy pytam:
- no i jak?
- Jak w autobusie.
- Tyle miejsca - pytam?
- Hałasu.
- Będzie oki, jak go zrobią fachury.
Był to pierwszy Merc w Lubinie. Rozpytywałem kolegów, czy znają jakiegoś dobrego blacharza. Zyga - poznaniak w apaszce pod szyją, chyba nawet tak sypiał? - naraił mi warsztat w Przeźmierowie, zapewniając, że kilku taksiarzy jeżdżących Mercami po Poznaniu tam się kuruje.
Pojechałem. Znalazłem blacharza, a po drugiej stronie uliczki - lakiernika. Po organoleptycznej diagnozie z obydwoma specami uzgodniliśmy cenę usługi. Za trzy tygodnie mam przyjechać odebrać.
Rzeczywiście. Połatali i malunek jak się patrzy rzucili na Merry. Gdy ją zobaczyłem - stała, błyszczała czerwienią jak „a noble virgin".
Jadąc do domu z uchylonym szyberdachem wiedziałem, że mi służy to autko. I służyć będzie wspaniale.
Służyła mi Merry tak jak przewidywałem. Mało że szprytna, zwinna i szybka (na tamte czasy) to jeszcze pakowna. Zmieściła się w niej nawet maszyna do lodów koleżki, jaką mu zawiozłem do Jeleniej Góry. Czekał na mnie dwa dni, aż wrócę zza miedzy. Ciężko było, ale jakoś upchaliśmy tę szafę, wyciągając tylne siedzenia i podłokietniki tylnych drzwi. Jadąc przez Lubin - jeszcze syn się zmieścił.
Merry zawiozła też resor przedni dla Volva, bo połamał go w „Dodatku Do Rancza" jakiś nasz szofer pośpieszny. Zawiozłem resor do serwisu Volva w Brunszwiku.
Techniczne zdarzenie miałem z tym autkiem tylko raz. Gnałem do Słubic jak do ognia w deszczową niedzielę. Za Cybinką, a przed Świeckiem - widzę: idą dwie kobitki z koszami grzybów.
- Zatrzymałem się. Wsiadajcie, podwiozę.
- O, jaki pan uczynny. Bóg panu wynagrodzi.
Ujechałem z nimi może kilometr i - jebudubu! Hamulec do dechy, stoję. Idę do tyłu, bo myślałem, że mi całą dupę urwało - nie-e. Śruba, którą przykręcony był dyfer do nadwozia, urwała się i spadł na asfalt.
- Pomyślałem: „nie wzywaj pana Boga nadaremno".
Za moment jechał inny kierowca do roboty - zabrał kobietki i powiedział któremuś z mechaników na Bazie, co mi się porobiło i co ma zabrać ze sobą. Przyjechało dwóch mechaniorów ze śrubą i dwoma lewarkami. 20 minut i jedziemy do celu.
For siur, żyletek po Mery już nie ma.
Cytryna
Mieszkałem wówczas w Trzciance - jak przyjeżdżałem z pracy, a nie schowałem cytryny w garażu, to całe pielgrzymki dzieciaków przyłaziły oglądać. Te bardziej technicznie zaangażowane właziły nawet pod auto. Urwanie du...szy z bachorami było.
Citroen CX 2200
Wziąłem raz karton gum do żucia „Balonówy" (Buble Gum) z obrazkami i rozdałem - prosząc, by nie przychodzili. Tak ich przekupiłem. Gdy jechaliśmy na zakupy, zostawiając auto na parkingu - było to samo. Nawet ksiądz zaglądał po spód.
Citroën CX 2200 - wówczas (79 r.) był jedyny w Polsce. Były dwa inne - starsze DS w Poznaniu i Łodzi. To autko płynęło. Jakby zaszła potrzeba to można by jechać przez kartofle w poprzek redlin i bez jednego tylnego koła. Próbowałem, objechałem z synem trzcianecki rynek. Chłopaki z postoju taxi trąbili i wrzeszczeli, że koło zgubiłem. Stanąłem kawałek od nich i krzyczę, że kupię drugie jak będzie kasa, bo brakło!
Któregoś razu podniosłem maskę w garażu, by sprawdzić ile pająków się pod nią namnożyło - bo dawno tam nie zaglądałem. Nic nie przeciekało, silnik mruczał równiutko... ale łapy swędziały i coś tam podregulowywałem - kładąc klucz na otwór w listwie w który wchodzi hak zabezpieczający przed otwarciem maski gdyby zamek puścił podczas jazdy.
Spuściłem maskę - odskoczyła (hak trafiając na klucz się zagiął i zamek nie zaskoczył). Zabrałem klucz i obiema rękoma docisnąłem - klikło - znaczy zamknięte.
Jedzimy do Poznania po jakieś grubsze zakupy. Dobrze, że stało się to w mieście, nie jechałem zbyt szybko. Przejeżdżając przez tory zamek puścił, klapuch się otworzył, wyrwał listwę łamaną która podtrzymuje maskę i dopasował się do szyby (która stała się pajęczyną - popękała), a łamana listwa zagięła tylne prawe drzwi. Hamując, zatrzymałem się na poboczu - na pachołku, na którym zagiął się zderzak, zmiażdżył lampkę pozycyjnych, kierunkowskazu i poszedł prawy reflektor...
Wrzask żony i córki uświadomił mi, że coś się stało — bo myślami byłem gdzieś daleko.
Syn wyskoczył pierwszy, obleciał wokół i stwierdził krótko: „Ale się narobiło".
Z synem maskę z powrotem usadowiliśmy na swoim miejscu — dzięki temu, że wszedł na nią i skacząc po niej, jakoś się dopasowała. Za pomocą linki holowniczej zabezpieczyłem, by za bardzo nie odstawała. Wracamy w pielesza. Miny pogrzebowe. Cóż, wypadki chodzą po ludziach.
Dwa miesiące łaziłem po szrotach Francji, Belgii i Niemiec by znaleźć maskę, szybę, zderzak i resztę tego co zamieniłem w złom. Udało mi się - poza reflektorem, który kupiłem we francuskim serwisie Citroëna za cenę tv Rubin w Polsce.
Znalazłem fachurę, który zapewniał, że po renowacji szpachli nie będzie więcej jak na grubość gazety. Uwierzyłem na słowo. Po miesiącu (i skrzynce gorzały) Cytryna stanęła na nogi. Efekt - na filmiku poniżej
Merry - przed i po:
https://ebd.cda.pl/620x395/31495974df?autostart=1


