Z dna oka - Europa 1


Europa 

Rozdział 1

Marzenia się spełniają

PMPS „PEKAES"
Start: - 1.02.1975
Wożąc Pollenowskie „prochy” po Oj, czyźnie, mijałem nieraz Volva z PMPS PEKAES:

Zajezdnia Słubice
Najszła mnie - jak mawiał mój teściu - był z miasta na "ź" - ź Wilna - chęć sprawdzenia, czy czasami tam mnie nie potrzebują? Zacząłem kręcić się wokół tematu - zwłaszcza, że te maszyny zajeżdżały czasem zatankować na naszą zajezdnię. Któregoś razu gdy szofer z PEKAES-u musiał w końcu wyleźć z kabiny do dystrybutora, podszedłem, by udzielił mi ździebko info, facet do wylewnych nie należał. Odpowiadał półgębkiem - z góry, poczułem jakbym rozmawiał ze świętym Piotrem u wrót raju. No cóż - elita:
kierownik kursu trzeci od lewej



Pierwyj sort waditieli PRL.


W moskiewskim metrze uchodziliśmy za "lotczyków"
- sugerował mundur i gapa na lewej piersi..


Ale ziarno zostało zasiane - zaczęło kiełkować. Przy pierwszej okazji zajechałem do Błonia i bez pukania wszedłem do kadr. Chciałem sprawdzić organoleptycznie z czym to się je.

Kadrowa wręczyła mi stertę kwitów potrzebnych do angażu. Było tego tyle, jakbym aplikował do Mosadu. Przeanalizowałem wymogi od A do Z i uznałem:
- „Kto - kurła - jak nie ja?!”

Wracając do domu, już widziałem oczami wyobraźni te nieskończone, zachodnie autostrady widziane w programach Dziennika tv: 


- za kółkiem wynalazku 
Gustafa Larsona.
W domu czekał mnie jednak zimny... a nawet lodowaty prysznic.
Wiedziałem, że przekonanie żony do mojej rewolucji życiowej łatwe nie będzie, ale to, co się wydarzyło, przerosło moje oczekiwania. Rozpętało się regularne piekło.
Żeby ratować życie, położyłem uszy po sobie i cichaczem ewakuowałem się z domowego ogniska.
Myśl o PEKAES-ie wracała jednak jak bumerang. Zielone światło w mojej głowie już się paliło i nic nie mogło go zgasić. W tajemnicy przed domową dezaprobatą zacząłem kompletować „kwity”.
Gdy skompletowałem całą tę makulaturę, podrzuciłem do Błonia. Jako adres korespondencyjny podałem adres PKSu - wolałem nie kusić losu i nie denerwować Rzegotki (żona) listami z międzynarodówki.

W PKS-ie chłopaki nie wołali już na mnie inaczej niż „Tirowiec”. A wołajcie sobie! Ani to obraza, ani ujma. Wręcz przeciwnie - to cholernie zobowiązywało.
Ówczesny tabor PMPS PEKAES:
Te auta, były przepustką do innego świata
Żeby w ogóle powąchać te legendarne ciężarówki, trzeba było przejść przez test egzaminu wstępnego. Pierwszy ogień - Jazda praktyczna. Egzamin zdawało się na starym, zdezelowanym spod płotu - „ogórku” po warszawskich brukach i ciasnych ulicach. Fotel kierowcy bujał się we wszystkie strony. Zasada była krótka i bezwzględna: dwa zgrzyty skrzyni biegów i odpadasz, amatorze "Milki" i "Zielonych". Wracasz do domu.
Potem przyszła kolej na teorię: przepisy ruchu drogowego i... język obcy. Warunek konieczny: jakikolwiek zachodni. W tamtych czasach szkoły raczej nie kształciły poliglotów. Demonem lingwistycznym nie byłem, ale spiąłem pośladki, rzuciłem parę zwrotów i jakimś cudem zdałem z angielskiego, a dla pewności podparłem to jeszcze niemieckim. Egzaminator lingwista, były w szoku.
Po miesiącu nerwowego wyczekiwania przyszło wezwanie. Kurs!
Tydzień intensywnego kucia nowej wiedzy.
Pierwszy tydzień: totalna orka. Przepisy graniczne, skomplikowane odprawy celne i mechanika – od podszewki musieliśmy znać agregaty chłodnicze Thermo King.
Kierownik kursu powtarzał nam codziennie jak mantrę - grożąc palcem:
Panowie, pamiętajcie. By było jasne: 
W tej firmie tolerowane jest spożywanie tylko łyżeczką - Ły-żecz-ką!
Jeden błąd i... 
The end of the fairy tale.
Drugi tydzień przyniósł upragnioną praktykę.
Wywieźli nas do ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego w którym - chyba kotłownia strajkowała bo był nie ogrzany (żeby nie gorzała, byśmy pozamarzali, nie wiem czy nie był to test na wytrzymałość na zimno?) - pod Kielcami, gdzie nastąpiło oficjalne zapoznanie ze sprzętem.
Dotknęliśmy żywej legendy.
Egzamin końcowy, zdali wszyscy. By nie poszedł zainwestowany w nas wysiłek na marne, nikomu nie chcieli robić pod górkę. Doskonale wiedzieli, że ci ludzie, którzy przeszli to sito, oddadzą tej firmie duszę, serce i zdrowie.

Można było zatrudnić się od zaraz na warsztat - albo, poczekać na dostawę zamówionych Volv które spodziewane są w najbliższym czasie.
Wybrałem drugą opcję.
1 lutego 1975 roku oficjalnie stałem się kierowcą Przedsiębiorstwa Międzynarodowych Przewozów Samochodowych „PEKAES”. Praca w tych barwach to nie był zwykły etat. To był zawodowy doktorat, a dla najlepszych, prawdziwa życiowa profesura.
Trzeba było zacząć od „krajówek”
Maciek, dyspozytor z Błonia, wsadził mnie do chłopa jadącego przez Słubice do Francji. 
Dosiadłem się do „Pana Kierowcy” - importowany warszawiak.
Z Błonia do Słubic było 470 kilometrów, czyli jakieś osiem godzin asfaltu z wybojami. Czasu na gadanie aż nadto. Słuchałem wywodów tego asa międzynarodowych dróg jak warchlak grzmotu. W myślach notowałem to, co mogło mi się przydać, a resztę badziewia kasowałem.


Słubice - brama na zachód:
Słubice, hotel kierowcy

Przyjechaliśmy do Słubic.
Zameldowałem się u dyspozytora. Gabrysia zapisała mnie w księgi i kazała zakwaterować się w hotelu
- kierowca z którym pojadę na krajówkę, właśnie się rozlicza z podróży - znajdzie mnie w hotelu.

W hotelowej sali tv woń "Amfory", "Malborasów" i "Speick Men" - wody po goleniu utwierdził mnie, że ziemia obiecana jest tuż za rogiem.

Po zapoznaniu się z nowym kolegą, poszliśmy spać bo było późno. 
Zadzwoniłem do żony, że będę na obiedzie z kolegą bo jedziemy przez Lubin.

Rano w furę z teściową:
Volvo F88

i na asfalt:

Jedziemy do Tych z blachą głęboko-tłoczną z Bochum. 
Szedłem do auta do strony pasażera, na co Staś zaoponował słowami:
Edek, wiem, że palisz się do jazdy podobnie jak ja wówczas, gdy zaczynałem pracę w tej firmie.
- Siad za fajerę. - Ty powozisz.
Z radością wykonałem polecenie.

Jadąc, kątem oka, obserwowałem Stasia jak reaguję mimicznie i odruchowo na moje poczynania, Na pierwszych kilometrach - niby nie zainteresowany, bacznie obserwował moje zachowania.
Pod Zieloną Górą powiedział, że bez obaw położyłby się spać na łóżku za moimi plecami, bo widzi, że to co robię robię dobrze.

Wjechałem w zatokę pod blokiem. Idziemy na domowy obiad. Po obiedzie przy kawie Stasiu uświadamiał moją żonkę w tematach ja interesujących.

Mój nowy kompan - Staszek z Woli - warszawiak z dziada pradziada.
W bielskim hotelu "Prezydent", przegadaliśmy całą noc, wypijając wiadro herbaty. Przy okazji bez śladu wsiąkł „Cezar” - litrowa flacha jugosłowiańskiego koniaku.
Od Staszka w jedną noc, dowiedziałem się o tym jak i co trzeba robić by wyjść na swoje. 

Po rozładunku Staś pojechał autobusem do domu - mnie powierzył auto, przyczepę i załadunek prętów mosiężnych we wrocławskim "Hutmenie".

Gdy przyszło cofnąć tandem na halę pod załadunek prętów, cała załoga hali wyszła na spektakl, Nie wiedziałem co się stało? Wyskoczyłem - myśląc, że o coś zawadziłem, albo mam "kapcia"? Nie-e, wszystko harmoniuje - co jest? Popatrzyłem na ludzi... wsiadłem do kabiny i wykonałem cofkę bez mrugnięcia okiem pod wskazane mi miejsce.

Test przed przyjęciem do pracy:
https://ebd.cda.pl/620x395/566108046?autostart=1

Woziłem piach na budowę dróg.

Rozeszli się zawiedzeni a jeden nawet splunął. 
Jak się później okazało, ten co splunął, czekał na dolę od kierowców którzy mieli problemy z cofaniem auta z przyczepą (był kierowcą, bez prawa jazdy) i... się nie doczekał.

Załadowany prętami do Francji, wjechałem w zatokę pod swoim blokiem. Dwie doby w domu. W niedzielne południe ruszyłem do Słubic w umówione miejsce ze Staszkiem.

Okazało się, że z marszu rzucają mnie na głębinę. Dosiadłem do kierowcy, Warszawiaka spod Garwolina - kierunek Hamburg. Z butelkami z Ujścia. Załadunek w Ludwigshafen am Rhein - korund do FOC "Polmo" - Marki.

Byłem nastawiony na tłuczenie się po kraju, a tu nagle dwie krótkie jazdy i od razu skok za miedzę.
Przerzuciłem manele z hotelu do szoferki - w drogę.

Świecko – granica:
Świecko - granica



Paszporty trzepał polski oficer WOP. Wziął mój dokument, zajrzał mi głęboko i uważnie w moje rozmarzone oczęta, po czym wsadził paszport gdzieś między nogi i zaczął pod ladą coś tam chachmęcić. Nic nie było widać. Następny w kolejce, oficer z „Grenzpolizei”, bez zbędnych pytań po prostu przybił stempel.

Most na Odrze i witamy w „dodatku do rancza” - czyli DDR.
Autobahn pamiętał jeszcze Hitlera. Do obwodnicy Berlina fajnie - dalej? Makabra. Ciężki ruch tranzytowy z RFN zmienił tę autostradę w rzekę zamarzniętą podczas sztormu. Trzepało tak, że plomby z zębów wypadały. Gdy zrzuciliśmy ładunek w hamburskim browarze udaliśmy się do Ludwigshafen am Rhein - po korund dla Fabryki Okładzin Ciernych w Markach - jakby w Polsce piachu brakowało?

Jadąc przez Niemcy, doszedłem do jednego, prostego wniosku: że to myśmy tę wojnę przegrali.

Obowiązkowe zakupy fantów dla żon i dzieciaków:
- Herr Kaninche - Królak.
Magazyn z mydłem i powidłem.

Pamiątka z pierwszego strzału na Zachód:


Mam go do dziś.

Oto kawałek prawdziwego życia kierowców.
- Tak było:







Z dna oka Prolog

Z dna oka Prolog

Z dna oka - Rozdział 1

Z dna oka Rozdział 5

Polska Rozdział 4

Polska - Rozdział 2

Polska Rozdział 3