Z dna oka - Notatki z asfaltu 1

 Notatki z asfaltu

Rozdział 1

Gadki przez CB  


Wracam z Concord w New Hampshire. Zimno jak w Kanadzie - cóż, blisko. Jeno siwy dym wali z rur wydechowych trucków i reszty żelastwa katulającego się po dziewięćdziesiątce. 

Nie mam daleko do chałupy. Ruszyłem wcześnie rano, by zdążyć na imprezę, jaka mnie czeka. Rzegotka zapowiedziała przez komórkę jakąś miłą niespodziankę, więc jadę i myślę: co to może być? Może znowu poprzestawiała meble? Ta moja baba ma jakąś obsesję z przestawianiem gratów w chałupie. Co miesiąc, dwa - nie mogę po powrocie połapać się, czy dobrze trafiłem.
Wyłażę na zewnątrz i sprawdzam numer domu.

Ale nie o tym chciałem... Wojtek! Pytałeś mnie kiedyś, czy piję? Oczywiście, że piję, alkohol jest dla ludzi. Próbowałeś dać psu się napić? Nie weźmie! Człowiek nie pies - bierze. Jeden mniej, inny więcej, wszystko zależy od potrzeb.

Śniadanie Polaka

Mam wspaniałego kolegę. Kiedyś, kilka lat temu, załadowaliśmy jeden ładunek na dwa trucki i jadąc pod rozładunek kawał drogi, poznaliśmy się bliżej. Dość często go spotykam i zawsze uzupełniamy swoje wiadomości przez CB czasami w realu. Wracając do twego pytania, posłużę się jego opowieścią – o jego doświadczeniach z alkoholem, jaką wyłożył mi podczas tamtej wspólnej podróży.

Jego próby zerwania z nałogiem trwały bardzo długo.

W Oakville stracił sklep budowlany, który prowadził na spółkę z dwoma Szkotami-pijakami. Sklep ten, zbudowany na pijackich marzeniach, był jego ostatnim osiągnięciem, zanim zaczął się staczać na samo dno. Gorycz, stres, unikanie dostawców - wszystko to topili w piwie i whisky. W końcu właściciel budynku przyjechał z policją, zmienił zamki, a towar skonfiskował na poczet zaległego czynszu.

Nasza cała egzystencja zniknęła w jeden ranek. Musiał prosić o zasiłek dla ubogich, bo pracowniczy mu się nie należał - jako właściciel od wielu lat nie pracował przecież dla nikogo.

Szybko zauważył, że klienci przestali dzwonić, mimo drastycznie niskich wycen robót kafelkowych, do których wrócił, żeby tylko dorobić do marnego zasiłku. Po człowieku było już po prostu widać alkoholowy upadek. Jego angielski po przepiciu robił się coraz bardziej kulawy, słabo sprzedawał się jako „fachowiec”. Powieka jednego oka drgała mu nerwowym tikiem, zupełnie niezależnie od jego woli. W końcu zrozumiał, że ma potężny problem i musi coś z tym zrobić.

Pamiętam - z jego opowieści - jak wielką ulgę i radość poczuł, gdy podjął decyzję, że nie będzie pił do końca swoich dni. Przybyło mu energii, nawet roboty się trochę znalazło. Pracował jak szalony, jakby chciał nadrobić wszystkie stracone lata. Trwało to około dwóch miesięcy. Potem przyszła głęboka depresja i po trzech miesiącach przygoda z trzeźwością się skończyła. A tak bardzo wierzył, że nie będzie pił już nigdy. Niestety, ten jego były przyjaciel, który dotąd koił niepowodzenia i udręki życia, dając złudzenie chwilowej radości - a który teraz stawał się jego śmiertelnym wrogiem - zawładnął nim jeszcze raz. Zupełnie i całkowicie.

Wtedy postanowił zmienić zawód na taki, który bezwzględnie wymaga trzeźwości. Za resztki pieniędzy, jakie miał jeszcze na kartach kredytowych, kupił kurs zawodowego prawa jazdy na trucki. W międzyczasie zaczął chodzić raz na tydzień do ośrodka „Pinewood”, żeby w ogóle poznać, czym jest alkoholizm. Zabawne, że ten ośrodek znajdował się zaledwie dwa kilometry od jego domu, a on, mieszkając tam przez siedem lat, nawet o tym nie wiedział.

Zaczął uczęszczać na spotkania AA w piątkowe wieczory. Na początku niewiele z tego rozumiał. Po trzech miesiącach, gdy już wydawało mu się, że wie wszystko, zaczął opuszczać mitingi. Po pół roku nikt go już tam nie widział. Fakt, spasował wtedy trochę z piciem, bo był potwornie podekscytowany nowym zawodem.

Początki na drodze były trudne. Zaczął na wywrotce, potem przyszła zima i praca się skończyła. Kiedyś, jadąc na ciężkim kacowym przepiciu, spieszył się na północ Ontario i o mały włos nie pozabijał na drodze ludzi. Wtedy na chwilę odechciało mu się jeździć - no bo jak tu, kurwa, pić za kółkiem?

Potem pojechał w trasę z jednym takim złodziejem, kierowcą, który najął go do jazdy w zespole. Pojechali do Kalifornii i do Nowego Meksyku. Zjechali całą Amerykę. Znowu spodobało mu się to życie w trasie, więc najął się do kanadyjskiej firmy (tamten Polak-szuja oczywiście mu nie zapłacił).

Po ośmiu miesiącach jeżdżenie znowu zaczęło go potwornie męczyć. I zanim zaczął pić na całego, dostał telegram: ojciec umarł. Mimo że nie kochał go wcale, a w kieszeni brakowało grosza, pożyczył pieniądze na bilet i poleciał na pogrzeb do Polski.
- Myślisz, że uronił choć jedną łzę nad jego grobem? Wcale. Za to przez całą ceremonię zastanawiał się tylko, kiedy wreszcie będzie mógł się napić. Tak po polsku, do upojenia.

Zaczął tego samego wieczoru. Przez bite dziesięć dni opłakiwał ojca, który nigdy nie był mu bliski, a którego darzył jedynym szczerym uczuciem: nienawiścią. Za to, że katował go, gdy był dzieckiem. Za to, że nigdy nie okazał mu grama ojcowskiego uczucia, że poniżał go psychicznie i fizycznie. Mimo że dziś już go nie nienawidzi, to do teraz nie potrafi wyzbyć się głębokiej niechęci.

Gdy wrócił do Kanady, było mu coraz trudniej pracować i jeździć. Miażdżyły go silne bóle głowy, obsesje, urażone ambicje. Stał się konfliktowy, żył w stałym napięciu nerwowym. Wtedy nieoczekiwanie dostał mały spadek i postanowił kupić używaną ciężarówkę na raty. Znalazł się Polak, który udzielił mu pożyczki na wysoki procent. Tak oto stał się właścicielem dwuletniego trucka. Zatrudnił się w firmie jako owner-operator i zaczął latać po całej Ameryce Północnej. 

Po pół roku był dokładnie w tym samym punkcie, co przedtem. Znowu pił.

Ostatni raz upił się trzy lata temu. Wracał do domu i kupił koniak w sklepie wolnocłowym po amerykańskiej stronie. Zaraz za granicą dyspozytor kazał mu zrobić szybką zamianę naczepy i gonić do Filadelfii. No i co zrobić teraz z tą flaszką? Wpadł na genialny plan: zaraz jak się załaduje, zjedzie na najbliższy truck-stop i wypije ten koniak w kabinie. W brzuchu przecież żaden celnik go nie znajdzie.

Tak też zrobił. Kupił kasetę z jakimś filmem i w kabinie, sam ze sobą, obalił szkło. Wypił może pół butelki i padł jak kłoda. Obudziłem się następnego dnia późnym rankiem ze strasznym kacem i poczuciem ogromnej, przygniatającej winy. Wiedział, że to koniec. Musi coś z tym zrobić, podjąć ostateczną decyzję.

Wrócił do domu, wiedząc już, czego chce. Poszedł prosto do lekarza i poprosił o Antabuse - tabletki na wszywkę alkoholową. Powiedział mu wprost: „Już sobie, doktorze, nie wierzę za grosz. Potwornie boję się pić”. Łykał pigułki co rano i miał świadomość, że jeśli ruszy alkohol, to umrze. Popadał w coraz większą depresję. Może po miesiącu niepicia jechał akurat do St. Louis i zaczął dostawać totalnego hysia.

Wyobraźcie sobie stukniętego kierowcę za kierownicą wielkiego ciągnika z naczepą. Osiemdziesiąt tysięcy funtów żywej wagi lecące po autostradzie z prędkością 110 kilometrów na godzinę, a za kółkiem człowiek z błędnym spojrzeniem alkoholowego maniaka.

W St. Louis nie wytrzymał psychicznie. Zjechał z autostrady pod pierwszy szpital, wpadł na izbę i zażądał widzenia z lekarzem. Po godzinnej rozmowie lekarz zapisał mu leki uspokajające, ale najbardziej pomógł mu jego spokojny, opanowany głos zapewniający, że nic mu nie dolega, że nie umiera na zawał. Jakoś doczłapał się tym truckiem do domu. Zaraz po powrocie zadzwonił do kuzyna – urodzonego już w Kanadzie, z dwudziestoletnim stażem w AA. Spotkali się, pogadali kilka godzin, a następnego dnia kumpel poszedł na pierwszy prawdziwy miting.

Na początku było cholernie ciężko, ale chodził regularnie w każdy weekend. Antabuse brał jeszcze przez pięć miesięcy, aż w końcu uwierzył w swoją Siłę Wyższą - w Boga tak, jak go rozumiał, bez narzucania sobie jakiejś konkretnej religii. Gdy był trzeźwy od dziewięciu miesięcy, nagle opanował go potworny gniew i wściekłość. Dlaczego? „Boże, czemu akurat JA?!”. Zżerał go wstyd, żal do całego świata i do wszystkich dookoła.

W końcu, podczas jednego z postojów na trasie, usiadł w kabinie i wypisał na kartce listę rzeczy, których mu nie wolno. Tylko tak umiał to okiełznać. Wiedział, że na niego czas - bo jeśli tego nie zrobi, wróci do picia, a tego bał się bardziej niż śmierci.

Anglicy mają swoje powiedzenie, którego często używają: „I will do the best I can” - Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Tak właśnie z nim było.

Po dwóch latach niepicia, gdy zdawało mu się, że już twardo stoi na nogach, pojechał na północ Ontario na kemping do znajomych. Wziął ze sobą córkę - żona przygotowywała się akurat do wyjazdu do Polski. Kanada w lecie na północy jest prześliczna: pełno czystych jezior, głębokich lasów, dzikiej zwierzyny. Kolega miał żaglówkę, a on targał na dachu samochodu deskę z żaglem.

Przez pierwszy dzień wszystko było w porządku. Był zajęty żeglowaniem i łowieniem ryb. Ale czas i miejsce robiły swoje. No i to, że znajomi bez przerwy ruszali zimne piwo. Na drugi dzień sam zaczął intensywnie myśleć o piciu. Wytrzymał jakoś do południa. Po obiedzie córka poszła się kąpać, a on usiadł ze znajomymi przy ognisku. Kątem oka cały czas obserwował karton piwa stojący w cieniu pod drzewem. Zastanawiał się, ile tam jeszcze zostało butelek i czy jeśli zdecyduje się wypić, to starczy dla wszystkich.

W końcu pękł. Nie wytrzymał i poprosił o jedno. Kolega nie ukrywał zadowolenia - ucieszył się, że odzyskał kompana do wypitki. Kumpel wziął butelkę w rękę, poczuł ten charakterystyczny chłód szkła i zapach chmielu... ale nie wypił ani łyka. Stał tak i gapił się na naklejkę, czytając ją litera po literze. W jego głowie trwał potworny, intensywny proces. Zerkał to na butelkę, to na karton pod drzewem. „Czy jestem jeszcze alkoholikiem? Jestem? A może nie jestem i po prostu wyolbrzymiłem cały ten problem z piciem? Ale jeśli to nie problem, to czemu, kurwa, myślę o tym kartonie tak intensywnie?!”„Boże pomóż mi, tak bardzo potrzebuję Cię teraz, jak nigdy dotąd” - zawołał w duchu.P

o pięciu minutach milczenia, które trwały dla niego całą wieczność, odstawił to nietknięte piwo na stół. Spojrzał na kolegę i powiedział spokojnie, że jednak zmienił zdanie i pozostaje niepijący. To potworne, ssące pragnienie wypicia odeszło od niego dokładnie w tym samym momencie, w którym dno butelki stuknęło o blat stołu. 

Spędził tam jeszcze dwa dni, całkowicie trzeźwy, ciesząc się wiatrem w żaglach swojej deski.

Mijają już ponad trzy lata, odkąd nie pije. Przez te trzy lata dokonał więcej, niż przez dwadzieścia lat  pijanych, zmarnowanych.

Kiedy spotkasz uratowanego alkoholika, wiedz, że masz przed sobą prawdziwego bohatera. Czyha w nim bowiem uśpiony wróg śmiertelny. On zaś trwa, obciążony swoją słabością, i kontynuuje mozolną drogę poprzez ten świat, w którym panuje przecież kult picia - wśród otoczenia, które kompletnie go nie rozumie. Społeczeństwo sądzi często, że ma pełne prawo z żałosną nienawiścią spoglądać na niego z góry, jako na człowieka pośledniejszego gatunku, ponieważ ośmiela się on płynąć pod prąd tej rzeki.

Kiedy spotkasz takiego człowieka - wiedz, że jest to człowiek w bardzo dobrym gatunku.

Pij bracie pij:
https://ebd.cda.pl/620x395/559088778?autostart=1


Z dna oka Prolog

Z dna oka Prolog

Z dna oka - Myśli uczesane 4

Z dna oka - Polska 2

Z dna oka Europa 7

Z dna oka - Rozmyślania pod "pryśnicem" 14

Z dna oka - Kanada 13

Z dna oka - Kanada 10

Z dna oka - Kanada 12

Z dna oka Europa 4

Z dna oka - Kanada 8