Z dna oka - Kanada 13
Wspomnienia z kartonu po butach
Zapiski z Log Booka
Znalazłem „Driver's Daily Log Book”. Nie wyrzucałem zapisanych notesów, zachowałem je na pamiątkę i nazbierało się ich kilkanaście. Co ciekawe, trafiłem na kajecik z dniem 13 grudnia 1992 roku. Z kolei w 1981 roku, również w niedzielę, jechałem do Szwecji.
Nie pomyślałem, że kiedykolwiek jeszcze zajrzę do tego dzienniczka, ale - jak widać - zajrzałem. Do tego odkurzyłem starego laptopa (też pamiątka) z maleńkim rozumkiem, ale wystarczającym do nagrywania wideo z ciekawszych (jak mi się wówczas wydawało) odcinków tras, które przyszło mi pokonywać.
Do ramy łóżka miałem przymocowanego MacBooka Pro z kartą UMTS...
Tym sposobem, podróżując po Ameryce Północnej, nagrywałem podobne filmiki.
Tym sposobem, podróżując po Ameryce Północnej, nagrywałem podobne filmiki.
Wystartowałem z Hamilton w Ontario 10 grudnia (czwartek, 4:00 rano) z dwudziestoma tonami odlewów. Cel: Burbank w Kalifornii, terminowy rozładunek w poniedziałek o 10:00 rano. Po drodze mała zrzutka (2 tony), również terminowa dostawa, w sobotę o 18:00 w Denver w Kolorado.
Po drodze zaliczyłem 8 godzin snu w Omaha, by być na określoną godzinę w Denver (2360 km). Dotarłem tam 12 grudnia (sobota) nawet dużo wcześniej. Zrzutka trwała chwilę, ale pogoda diametralnie się zmieniła. Denver leży na wysokości 1660 metrów nad poziomem morza.
Jak wiadomo zimą: im wyżej, tym zimniej. Zaczął padać śnieg przy temperaturze minus 8 stopni Celsjusza, a mnie czekało 90 mil pod górę (na 3480 m n.p.m.) przez Rocky Mountains.
Do rozładunku w Burbank zostało mi jeszcze ponad 1100 mil.
Latem, jadąc autostradą Interstate 70, ma się wrażenie, jakby jechało się po wysoko położonym dachu jakiejś zabytkowej budowli.
Śnieg zaczyna sypać coraz mocniej. Zapowiada się ciekawie...
Życie zawodowe kierowcy zależy od wielu czynników, a jednym z nich jest pogoda. Przy takich warunkach na pewno będzie ślisko i z całą pewnością wycieraczki zaczną oblepiać się przymarzającym śniegiem. Cóż, nikt za mnie nie pojedzie. Jedziemy, by zdążyć na czas na rozładunek. Jak to wyglądało? Pokaże to film, który udało mi się zgrać na CD ze starego lapka, później z CD na komputer (żeby trochę poprawić widoczność), z CD do pliku, a plik wgrać na platformę CDA. Zajęło mi to wiele godzin... Czy się udało?
* * *
17 grudnia 2000 r.
Migawki z trasy przez burą i ponurą Kalifornię oraz słoneczny Oregon z cytrusami na pace:
Klip pochodzi z Interstate 5. Jadę z Kalifornii do Kolumbii Brytyjskiej. Na klipie (był to akurat dzień moich urodzin – 12 lutego), czego wprawdzie nie widać, wyjeżdżam z miejsca, gdzie załadowałem 24 tony cytryn. To Fresno - w okolicy znajduje się wiele winnic oraz sadów pomarańczowych i cytrynowych. Kierunek: Kamloops (tam też piją herbatkę!). Jechałem drogą stanową nr 99 (było buro i ponuro), z której wjechałem w Manteca na I-5. Ta autostrada na kalifornijskim odcinku z San Diego do San Clemente nazywana jest „Pacific Highway”.
Na malowniczej „piątce”, od Weed do Yreka (40 mil), znajduje się przełęcz Siskiyou Summit na wysokości 1486 m n.p.m. (tam, gdzie chciałem zjechać w prawo, na szczycie stało wiele trucków). Wcześniej wyprzedził mnie gość w Hyundaiu o takim sraczkowatym kolorze skorupy. Światła hamowania cały czas mu się świeciły - pomyślałem, że to ciekawy klient.
Później widać, jak dupek blokuje drogę innym, wciąż jadąc lewym pasem i nigdzie się nie spiesząc. Chyba wiózł ciężarną babę? Tego nie widać na klipie, ale udało mi się go wbić między trucki na środkowy pas. Może jeszcze tam stoi?
Ciąg dalszy tej trasy: rozładowałem cytrusy w Kamloops i tam też załadowałem jabłka. Po dwóch dniach byłem w domu - ze skruszałym kogutem na rosół.
Ze świątecznym pozdrowieniem + nutki pod choinkę:

