Z dna oka - Kanada 5

 Kanada

Rozdział 5

Zmiana klimatu

Toronto

Przeprowadzka
Powrót za fajerę

Trucker za wielką wodą

Tutejsze trucki w Kanadzie i  Usiech, nie mają tachometrów. Jedynym dokumentem pracy kierowcy jest Log Book - dziennik kierowcy (identyczny z tym, jaki pamiętam z PMPS PEKAES z lat 1975-1984 plus tego był i tachograf). Wypełnia się go na bieżąco, kwadrans po kwadransie, zaznaczając jedną z czterech czynności:

off duty - czas wolny,
sleeper - sen w kabinie,
driving - jazda,
on duty (not driving) - praca na postoju: tankowanie, manewry, załadunek, rozładunek.

Rubryki leżą na osi 24-godzinnej, podzielonej co piętnaście minut.
Kierowca potwierdza prawdziwość podpisem - i na tym się kończy - gdyby nie trzy żelazne limity.

W skrócie: 10-15-70.
Po pierwsze:
nie wolno prowadzić dłużej niż 10 godzin. Po tym musi nastąpić 8 godzin nieprzerwanego odpoczynku.
Po drugie:
łączna dzienna praca (jazda + czynności służbowe) nie może przekroczyć 15 godzin.
Po trzecie:
w skali tygodnia nie wolno przekroczyć 60/70 godzin (zależnie od przepisów danego stanu czy prowincji). 

Po dojściu do limitu kierowca ma obowiązkowy 24-godzinny reset.  

Patrząc na to z boku można by powiedzieć:
„phi, można przecież konfabulować w dzienniku ile wlezie”.
Teoretycznie - trochę tak.
W praktyce - prawie wcale.

Pobieżna kontrola policji czy oficera na wadze polega na porównaniu: przejechanego dystansu z wpisanym czasem, średniej prędkości (gdzie maksymalna to 65 mph - nie da się udawać jazdy 70 mph na tysiącu mil), ilości paliwa, którą mógł wlać do zbiornika.

A dokładniejsze sprawdzenie?
Dziecinnie proste: rachunki za tankowanie, opłaty za autostrady, wpisy z kart kredytowych, pieczątki z punktów dostaw. Każdy załadunek i rozładunek można zweryfikować jednym telefonem.
Firmy przewozowe mają nawet osobnych ludzi zatrudnionych tylko po to, by sprawdzać rzetelność Log Booków.

Kierowca, który pójdzie „na dywanik”, straci premię za bezpieczną jazdę, bardzo szybko uczy się uczciwości. Firmie to się opłaca - ministerstwo transportu regularnie kontroluje dokumentację.
Jeśli wszystko gra, firma dostaje punkty dodatnie i spadają gigantyczne koszty ubezpieczeń, nierzadko liczone w setkach tysięcy dolarów rocznie. Jeśli zaś panuje bałagan - mogą odebrać licencję.

Kierowca z własnym truckiem też nie jest bezpieczny. Może jeździć miesiącami bez kontroli, ale ta - prędzej czy później nastąpi. Skutki takie same:
kary, zawieszenie działalności, drastyczne grzywny.

Najgorszy scenariusz:
Jeśli kierowca uczestniczy w wypadku - zwłaszcza z ofiarami - jego dokumentacja jest prześwietlana do kości. Wszystko:
Log Booki, rachunki z jego prywatnej karty, tankowania, postoje, godziny.
Jeśli wyjdzie, że przekroczył limity 10–15–70, niezależnie od tego kto faktycznie zawinił, werdykt sądu jest zawsze ten sam:
Winny kierowca.
Za tym idzie:
wysoka grzywna, zawieszenie prawa jazdy, a często też kilka lat więzienia.
Krótko mówiąc - dusza w czyśćcu. 

Kilka lat temu w USA wybuchła wielka dyskusja, bo federalne DOT postanowiło zmienić pierwszy limit:
zamiast 10 godzin jazdy - 12, za to obowiązkowe 10 godzin odpoczynku.

Urzędnicy, jak to urzędnicy z nudów wymyślają rzeczy z kapelusza.
Branża zawyła. Protesty zaczęły się od prostej matematyki:
na drogi musiałoby wyjechać ponad 100 tysięcy dodatkowych ciężarówek. Efekt? Autostrady - jeszcze bardziej zapchane. Parkingi - pełne do granic.
Firmy - zmuszone zatrudnić całą armię świeżaków po kursach, albo i import kierowców z Meksyku.
Bezpieczeństwo - dramatycznie w dół.

Z liczbami trudno dyskutować, więc po roku walki projekt zamrożono.
Ktoś z zewnątrz powiedziałby:
„Tyle hałasu o głupie dwie godziny”.
Ale my wiemy swoje.

* * *

CAMBRAY  
Moja robota nigdy nie była ani bezpieczna, ani spokojna. Droga codziennie wymyśla tysiące sposobów, by człowieka z niej zrzucić - od niewinnej stłuczki, po takie kraksy, że z ofiar zostają trzy kości i wstyd pytać, do kogo należały.

Gdybym chciał to wszystko brać do głowy to siedziałbym w piwnicy w szafie z parasolem z calowej blachy nad głową. A że tę robotę lubię - jadę. Proste.

To było kilkanaście lat temu. Miałem kurs z San Diego do Dallas & home. Na „dziesiątce” za Yumą zaczyna się świat żółty i pusty - jak Vancouver (co czwarty biały pośród Chińczyków) on the highway i pusty jak sklep mięsny za komuny. Tylko ICE krąży i węszy za Meksykanami, którzy idą na swoje amerykańskie marzenia. Ty wciskasz gaz, dłubiesz w nosie i spokojnie płyniesz przez to wszystko jak statek na autopilocie.

Pomiędzy Tucson a El Paso wkluczyłem CB... załapałem słaby, ale znajomy pogłos:
Nasi tu są! Jakieś dwadzieścia mil przede mną.
Strzeliłem z bata i po pół godzinie ujrzałem chromowany zad ich cysterny, połyskujący w słońcu jak latarnia. Zaczęliśmy gawędę. W tamtych rejonach to człowiek by i z kojotem pogadał, a rodak - to jak rodzina.

Chłopaki jechali z Frisco do Houston z jakimś infamabile tatałajstwem w zbiornikach.
Wyschło mi do płukania wnętrza więc mówię, że ich wyminę i zatrzymam się w miasteczku Cambray - znajoma mi nazwa miasteczka z Francji. Oni cisną do portu w Galveston, bez postoju. Termin, presja.

Gdy ich wyprzedzałem, pomachaliśmy sobie i pograliśmy na trąbkach. W tamtej chwili nie wiedziałem, że to ostatni raz, kiedy widzę ich żywych.

Zjechałem na pompę w Cambray. Królestwo Ciszy zaliczone, zakupy zrobione, wracam do kabiny w CB znajome głosy. Jadą. „Za chwilę będziemy.” - czekam.

Lubiłem wtedy „wozić się na kole”. Po tym dniu - nigdy więcej.

Ósma wieczorem. Słońce wali z zachodu tak, jak robi to od miliardów lat. Widzę ich już w oddali, jak suną równą linią przez pustynię - dwie ciężarówki, dwa ładunki, dwie historie, które miały się ciągnąć dalej. Stoję po ich lewej, przelecą, pojadę za nimi...
Nie pojechałem za nimi. Z naprzeciwka zjeżdża na parking inny kierowca. Czy potrzebował siku, czy mu się odbiło, czy po prostu mu życie kazało - tego nikt już nie ustali. Wcelował idealnie. Jakby to, co miało się zdarzyć, było zapisane dużo wcześniej.

Po, nie było już niczego prostego. Ani belki, ni osi, ni człowieka.

Stałem na poboczu, patrząc jak dogasają resztki, które ledwie godzinę wcześniej były czyimiś planami, marzeniami, troskami. Życiem. Trzech kierowców - zmielonych przez przypadek, sekundę i niefortunny manewr.

Czy zapomnę nazwę? Cambray.
Nie ma takiej opcji.

Ale pracy nie rzucę. Bo nie wierzę w świętych Krzysztofów, anioły i ochronę z nieba - chociaż, mam w kabinie medalik od zakonnicy z Wenecji tego świętego - ale to tylko pamiątka, nie talizman. Wierzę w siebie. W intuicję. W doświadczenie. W to, że jeśli masz gdzieś dojechać, to musisz sam trzymać kierownicę. Dlatego każdego dnia otwieram drzwi kabiny, wchodzę do środka i jadę dalej.
Życie swoje zrobi - reszta należy do mnie.

Są miejsca na mapie, o których człowiek nie pamięta, choć przejeżdżał przez nie dziesiątki razy. I są takie, które zapamiętuje na zawsze - choć chciałby zapomnieć od razu. Dla mnie takim miejscem stało się Cambray. Mała kropka na pustynnym niczym, zwykła pompa i kilka budynków, miejsce bez historii, bez rozgłosu, bez powodu, by w ogóle zwrócić na nie uwagę.
A jednak to właśnie tam los postawił przede mną lustro w którym zobaczyłem całą kruchość ludzkiego życia. I całe kłamstwo, że kierowca ma nad czymkolwiek kontrolę.
Jedna chwila. Jedno zjechanie z pasa. Jeden przypadkowy gość, który mógł skręcić pięć sekund później - albo wcale.
Reszta to już muzyka metalu, dymu i ognia. A po niej cisza. Taka, która zostaje w człowieku na lata.

O tym jest ta historia.
O Cambray - miejscu na mapie, którego nie da się wymazać z pamięci, choć próbowałem wiele razy.

Od tamtego dnia, jadąc przez pustynię:



zawsze patrzę chwilę dłużej na każdą zjazdówkę, każdy parking, każdy błysk chromu na horyzoncie. Nie po to, żeby się bać - tylko żeby pamiętać.
Bo człowiek nie musi wierzyć w znaki, aniołów ani przeznaczenie, żeby wiedzieć, że czasem sekunda jest wszystkim, co oddziela powrót do domu od czyjejś notatki w kronice wypadków.

Cambray nauczyło mnie jednego: że nawet jeśli droga jest długa, a życie bywa ślepe, to i tak musisz jechać dalej.

A ja - jak zawsze - następnego ranka wysuwałem się z pod kordły, przekręciłem kluczyk i ruszałem w stronę domu - nawet zeń wyjeżdżając...

Słońce w lusterkach, pustynia pod kołami, radio cicho mruczące w tle.
Bo tak to już jest: zostawiasz tragedię za sobą, ale echo jej jedzie z tobą jeszcze wiele, wiele mil.

Pustynia zapada w noc, a Cambray zostaje za mną jak wypalona klatka z filmu, którego nie chcę już oglądać. Zostaje tylko szum opon, długie światła i myśl, że każdy następny kilometr może przynieść coś, czego jeszcze nie znam.

W lusterku dogasa ostatni błysk ognia - a przed maską otwiera się nowa, ciemna przestrzeń.
Nie obiecująca niczego.
Nie grożąca niczym.
Po prostu - kolejny odcinek drogi.

I kiedy wrzucam wyższy bieg wiem, że ta historia się tu nie kończy.

Bo gdzieś dalej, za kolejną granicą stanu, za następnym zakrętem, czeka coś, co znowu wystawi mnie na próbę. Coś, co każe mi znów zadać sobie to samo pytanie:
Jak daleko człowiek musi jechać, żeby naprawdę znaleźć miejsce, do którego dąży?
Światła oświetlają asfalt.
Moje tacho tyka.
Ruszam - dalej, w noc, w kolejny rozdział.
Kołacze w głowie:
"Wiem, ze nie ucisk i chciwe podboje,
Lecz wolność ludów szła pod Twoim znakiem,
Że nie ma dziejów piękniejszych niż Twoje
I większej chluby niźli być Polakiem"

Od zawsze jestem Szuwarek-Wodnik:


- a takiego interesowało wszystko to co budziło ciekawość - nawet, będąc glutem interesowało mnie pianino - po "Niemcach" - stojące w salonie dziadków.

Próbowałem wydobywać z niego to, co mnie fascynowało - dźwięki... Dziadek się wq... denerwował babcia chwaliła i... po kilku dniach grałem jak z nut dziadkowi "Szewczyka", a i kilka polek Dzierżanowskiego jakie można było wówczas po hejnale z wierzy Mariackiej po południu usłyszeć z "Kołchoźnika".

Minęły lata...  wiele lat... jestem w molu na Timmins Square, wlazłem do jakiegoś butiku - paczem klawisze na pudle kartonu. Kupiłem, by sprawdzić czy zagram "Szewczyka"?

Oczywiście, zagrałem, bo człowiek gdy raz się czegoś nauczy; oddychać, jazdy na rowerze, pływania to NIGDY tego nie zapomni.

Dziwię się "ludziom", że poświęcają czas skrobiąc po TikTokach i innych X na bzdety - miast kształcić swoja osobowość. Przecież dziś jest to naprawdę łatwe. 

Pożegnałem koleżkę od szkła i klawiszy, cóż - normalka czas go-on - do pieca. Nie raz ścigaliśmy się kto komu "dołoży" stukając w odpowiednie klawisze w odpowiednim czasie - by... na frazę odpowiedzieć frazą. Takie starych dziadów przekomarzania przy klawiaturze z których to przekomarzań młódź miała po pachy uciechę.  

Amorada:
https://ebd.cda.pl/620x395/3187125957?autostart=1



Z dna oka Prolog

Z dna oka Prolog

Z dna oka - Myśli uczesane 4

Z dna oka - Polska 2

Z dna oka Europa 7

Z dna oka - Rozmyślania pod "pryśnicem" 14

Z dna oka - Kanada 13

Z dna oka - Kanada 10

Z dna oka - Kanada 12

Z dna oka Europa 4

Z dna oka - Kanada 8