Z dna oka - Rozdział 1
Polska
Rozdział 1
Drewnica
| Drewnica |
![]() |
| Dom dziadków |
Dzieciństwo, drogi i ludzie.
Rozdział nie o początku historii, ale o początku wszystkiego, co mnie ukształtowało - choć wtedy nie miałem o tym pojęcia.
Moje korzenie
Gdy człowiek ma siedem, osiem lat, świat dopiero się przed nim otwiera, a większość wrażeń chłonie jak gąbka - bez filtrów i filozofii. Dopiero później życie zrobi z tego mozaikę. Nasza droga zaczyna się od narodzin i prowadzi w wiadomym kierunku. Po drodze mijamy coraz to nowe pejzaże. Warto iść im naprzeciw z radością, nie ze strachem - bo lęk przed nieuchronnym jest jak próba zatrzymania rzeki. A rzeka, jak wiadomo, nigdy nie przestanie płynąć.
Krótko i bez wdawania się w szczegóły: każdy z nas składa się głównie z wody - około 75%. Do tego dochodzą związki organiczne i cała reszta. Dlatego typ jak ja chlapie tym, czym jest wypełniony. Platon twierdził, że ciało jest „więzieniem duszy". Więc taki jak ja nad duszą nie panuje - jedynie, Bóg ma nad nią pieczę. To, czym tu emanuję, jest więc sprawą boską. Proste.
Skąd jestem?
- Urodziłem się w Czernikowie w powiecie lipnowskim, miejscu którego większość świata nie zauważyłaby nawet na mapie.
Zaś czasy gdy zaczynasz dochodzić do tego, że już widzisz, czujesz, myślisz, oceniasz i zapamiętujesz to była Drewnica. Surowa, powojenna, poobijana, ale żywa z ludźmi twardszymi niż niejedna stal, choć żyjącymi często z niczego.
W Drewnicy nie trzeba było filozofować, żeby wiedzieć, jak wygląda życie. Wystarczyło wyjść rano na podwórko, poczuć ziemię pod bosymi stopami i spojrzeć na twarze ludzi, którzy od świtu do nocy próbowali skleć zbyt krótką dobę ze zbyt długą listą obowiązków. Taki świat robi z człowieka człowieka - albo go łamie, albo hartuje. Mnie zahartował.
Wieś była jak rozłożone dłonie: surowa, szczera i bez niespodzianek. Drogi były z piachu gdy świeciło słońce i z błota gdy padał deszcz, domy z drewna, ludzie z pracy. Wszyscy znali wszystkich, nikt się przed nikim nie chował. Plotki chodziły szybciej niż konie, a pamięć miała lepszą trakcję niż późniejsze moje ciężarówki. To było miejsce w którym człowiek uczył się szybko, że jeśli chcesz przeżyć, to musisz być sprytny, pracowity i mieć oczy dokoła głowy.
Drewnica miała swój rytm. Dzwonienie garnków, pokrzykiwanie kobiet, stukot narzędzi, skrzek gęsi, które uważały podwórko za własne terytorium i śmiech dzieciaków mających energię której starczyłoby na oświetlenie powiatu. Życie kręciło się między stodołą a kościołem, między polem a studnią, między jednym dniem ciężkiej roboty a następnym takim samym.
Nie było wielkich marzeń. Były proste cele: przeżyć zimę, zebrać plony, podreperować dach, nakarmić rodzinę. A jednak w tym wszystkim była jakaś cicha duma, że choć świat wokół był twardy jak kamień, to ludzie byli twardsi.
I to jest mój początek. Nie z wielkiego miasta, nie z książek, nie z bogactwa. Tylko z ziemi, z której wyrasta się jak chwast - odporny, uparty, nie do zduszenia.
Dopiero później zobaczę inne światy, drogi dłuższe niż horyzont widziany z wału nad Wisłą. Ale fundament mam z Drewnicy i on trzyma mnie do dziś w pionie.
W Drewnicy skończyłem porządną podstawówkę. Nauczycielami byli autochtoni, z którymi łatwiej było się porozumieć po niemiecku. Jedynie rosyjskiego - od trzeciej klasy - uczyła nas Polka pani Wiktoria Kłosiewicz. Nie lubiliśmy tego języka - „Babcię”, wielbiliśmy za śpiewny akcent i barwne opowieści o Sankt Petersburgu.
| 3 klasa porządnej podstawówki z kierownikiem szkoły p. Lange |
Porządna Podstawówka, która wychowywała bardziej niż uczyła. Szkoła w tamtych latach nie była miejscem beztroskich rysunków kredkami i przerw na ciepłe mleko w kartonikach. To była instytucja, która miała przede wszystkim ucznia trzymać w ryzach, a dopiero potem go uczyć.
W Drewnicy szkolne mury były stare, proste, zimne zimą i duszne latem. Ale to nie o architekturę chodziło. Najważniejsze byli ludzie. Nauczyciele - bohaterowie, ofiary i zwykli twardziele. Niektórzy trafili tam zaraz po studiach, pełni zapału, który szybko topniał w żuławskim błocie. Inni przyjechali, bo nie mieli dokąd pójść - wojna zabrała im wszystko.
Każdy z nich nosił coś pod pachą - jedni książki, drudzy życiowe rany, które łatwo było wyczuć, choć nikt o nich nie mówił.
Były trzy typy nauczycieli:
Surowi - tacy, którzy rózgą umieli wybić z głowy każde marzenie.
Wrażliwi - których dzieci wykorzystywały bez litości.
Sprawiedliwi - rzadcy jak porządne buty w tamtych czasach.
Byli też tacy, którzy potrafili walnąć linijką, zanim jeszcze skończyłeś mówić „ale to nie ja…”.
Szczerze mówiąc: nie byliśmy łatwym materiałem. Niektórzy przerośnięci z sypiącym się wąsem. W powojennej wsi chłopaki mieli więcej energii niż rozsądku. Potrafili przeskoczyć przez płot, przez rów i przez własne sumienie w tej samej minucie.
- Bójki? Normalka. Kto nie dostał pięścią w nos przynajmniej raz w miesiącu, ten był podejrzany. Ucieczki z lekcji? Sport narodowy. Ostre słowa? Waluta codzienna, bez inflacji.
Ale w tym wszystkim była jakaś surowa, naturalna hierarchia. Człowiek wiedział, kim jest, skąd jest i czego się od niego oczekuje.
Pierwsze „wojny” z autorytetami
Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz zrozumiałem, że dorosły nie zawsze ma rację. Może wtedy, gdy nauczyciel wymierzył karę całej klasie za coś, czego nikt nie zrobił. Może wtedy, gdy ktoś nazwał nas „chamy”, bo błoto z podwórka weszło do szkoły razem z nami.
W każdym razie to w szkole po raz pierwszy poczułem w sobie sprzeciw. Nie bunt dla buntu. Sprzeciw wobec niesprawiedliwości. I to zostało ze mną na całe życie.
Dyscyplina, która uczyła więcej niż podręczniki. Lekcje były różne, ale zawsze obowiązywała jedna zasada: „Wyprostuj się, słuchaj i nie gadaj”.
Ławki twarde, tablica czarna, kreda zawsze łamiąca się w palcach. Była nauka pisania na brudnych kartkach, była matematyka „jak odejmiesz, to masz, jak dodasz, to dopiero zobaczysz”.
Ale były też - choć nikt nigdy nie nazwał ich po imieniu - lekcje życia:
- że trzeba cierpliwie czekać na swoją kolej,
- że czasem trzeba dobrze słuchać, aby coś mądrego usłyszeć,
- że człowiek, który krzyczy, często boi się najbardziej,
- że wiedza nie jest dla wszystkich, ale chęć do niej - już tak.
Był taki moment - może po jednej lekcji geografii - gdy pierwszy raz pomyślałem, że świat musi być większy niż Drewnica, Żuławy i pola, które ciągnęły się aż po horyzont widziany z wału nad Wisłą. Że gdzieś tam jeżdżą pociągi, mówią innymi językami, mają domy bez drewnianych, z dziurami po kornikach ścian, a dzieci noszą tornistry nie zrobione przez dziadka.
To była jeszcze mglista wizja, jakby marzenie zrobione ze szronu na szybie. Ale już wtedy czułem, że jestem zbyt ciekawy, by zostać w tym miejscu na zawsze.
Szkoła kończyła się dzwonkiem, ale lekcje trwały dalej
Po zajęciach chłopaki biegli na pola, nad kanał (Szkarpawę), do stajni, nad Wisłę. Tam dopiero zaczynała się prawdziwa edukacja:
- jak skoczyć by nie wpaść do rowu,
- jak wnerwić sąsiada,
- jak naprawić poskładany poniemiecki rower,
- jak w kieszeniach zmieścić kamienie, sznurek i kromę chleba.
Szkoła dawała podstawy, a życie na Żuławach całą resztę.
- rzadko tłumaczył, częściej pokazywał.
Któregoś dnia - dziadek, odłożył fajkę, spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi i powiedział: - Idziemy na ryby. Ale najpierw robaki. I tu zaczynał się rytuał, który dla gluta jakim byłem był niemal wyprawą w głąb ziemi. W sadzie, przy rowie, było dziadkowe robacze Eldorado - miejsce, gdzie ziemia była ciemna, tłusta, pachniała wilgotnym lasem, choć do lasu daleko.
Dziadek wbijał szpadel z takim spokojem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie - dla mnie to było odkrywanie magicznych stworzeń, skręcających się jakby chciały powiedzieć: „A dajcie że nam spokój". Wydłubywałem robaki do poniemieckiej puszki po ziołach, dżdżownice się wiły, a ja byłem dumny jak cholera - oto uczestniczę w czymś dorosłym.
Nie rozumiałem jeszcze, że to była lekcja cierpliwości, życia i przede wszystkim - więzi.
Nie było poradników, psychologów od wychowywania takich brzdąców jak ja, ani internetowych mędrców, co to wiedzą lepiej, jak masz żyć. Dziadek nie wykładał mi teorii, nie tłumaczył metafor. A jednak, idąc za nim z puszką robaków, uczyłem się więcej niż później w niejednej szkolnej klasie. Uczyłem się, że żeby coś złowić, trzeba najpierw się ubrudzić; że cierpliwość nie jest cechą, tylko ćwiczeniem; a ludzie, którzy nic nie mówią, potrafią przekazać najwięcej.
Dziadek Józef próbował zrobić ze mnie wędkarza. Żebym łapał taaakie ryby! Uzbroił mi wędkę w sznurek, kawałek żyłki oraz hak rozmiaru zbrodni. Do tego korkowy spławik pomalowany olejną na czerwono - Stalin żył jeszcze, takie "tryndy" były.
Poszliśmy nad Kanał, dotarliśmy na pomost przy którym cumowały statki do Gdańska - jedyna łączność z szerszym światem. Dziadek wydał wyrok: „zostaniesz tutaj" gdy tylko noga moja na pomoście stanęła. Zrozumiałem, że oto stałem się ofiarą spisku. Moja ostoja - babcia Antosia, nie mogła zaingerować została w chałupie, dziadek zaś upatrzył sobie koniec pomostu, gdzie jest głęboko i ryb pewnie zatrzęsienie, a ja zostanę samotny przy płachetku wolnej wody o głębokości do kolan. Tfu!
Dziadek nie doszedł jeszcze do połowy pomostu, gdy mój korek pomalowany olejną zaczął sunąć w kierunku trzcin. Wyjąłem wędkę z wody bo dziadek nie powiedział, że trzeba "zacinać".
Na końcu dyndał okonek - rozdarłem się więc, żeby dziadek wrócił, bo złapałem rybę!
Dziadek wrócił, dobrą chwilę mocował się z okonkiem by wydrzeć zeń haczyk - instruując mnie przy tym, że trzeba zacinać gdy spławik zaczyna się ruszać - po to spławik jest.
Miejsce okonia zajął kolejny robak, wędka została zarzucona, dziadek ruszył na koniec pomostu i znów w jego połowie zawrócił - by uwolnić mnie od kolejnego pasiastego żarłoka. I jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... - dopóki robaki się nie skończyły.
Przez całą drogę powrotną dziadek nie odzywał się słowem. We mnie zaś kipiała radość bo oto będąc pierwszy raz na rybach z tuzem rodziny w wędkarstwie, pokazałem niechcący dziadkowi klasę.
Temu dziadkowi, który łowił karpie, liny w ilościach nieprzebranych, a raz nawet złowił suma rozmiaru prosiaka.
Objazdowy fotograf zagościł w Drewnicy budządz we mnie miłość do motoryzacji tą „Dekawką”
(DKV - dykta, klej i woda).
Od Kanału do Kanady
Lata minęły - kiedyś, w Rimini, patrzyłem jak między zacumowanymi łodziami tubylcy wyciągają dziwne ryby (niebieskie, podobne do węgorzy) na sznurek z haczykiem bez przynęty z wody pełnej pływających kondomów. W Italii niczemu nie należy się dziwić.
Minęło kolejnych kilkanaście lat i los pogonił mnie daleko - w dzikie rubieże Ontario. Moim pierwszym zakupem w Kanadzie była wędka z kołowrotkiem marki Shimano. Pierwszą rybą, jaką wyciągnąłem, był ogromny - w mojej wyobraźni - szczupak. Radość była wielka, bo „w każdym mężczyźnie drzemie łowca". W pięknej, malowniczo położonej rzece Groundhog w północnym Ontario, czego dusza łapacza zapragnie. Mój połów: 17 + 14 kg.
| jesiotry |
Złapanie i wyciągnięcie tej ryby na brzeg można porównać z osiodłaniem od dawna ubóstwianej dziewczyny. Piękna sprawa.
Dziś śmieję się z siebie i z mojego dziadka - świeć Panie nad jego duszą - który czuł w kościach, czy będą brały. Bo dla niego wędkowanie nie było hobby. To była namiętność.
Doświadczenia z dzieciństwa nie czynią świętym. W życiu miałem niejedną przepaść pod stopami, nie raz zboczyłem z drogi, potknąłem się, nieraz walnąłem łbem o kant istnienia. Ale te momenty pod płotem, przy robakach z dziadkiem - wracają niespodziewanie i przypominają, że nawet jak się człowiek pogubi, to w środku coś zostaje. Taki kompas, który wskazuje: znasz drogę, sam ją kiedyś kroczyłeś.
Dziś, kiedy patrzę wstecz - widzę, że to wszystko - dziadek, robaki, ryby, ziemia pod paznokciami było takim cichym prologiem. Intro do historii kogoś, kto musiał kilka razy pobłądzić, żeby zrozumieć, dokąd właściwie zmierza. I chyba o to chodzi: nie o doskonałość, tylko o drogę. A ta moja zaczęła się tam w Drewnicy - pod płotem z puszką wijących się żyjątek z dziadkiem, który nigdy nie mówił „zobaczysz, kiedyś zrozumiesz". A jednak... zrozumiałem.
Efekt tego, zobacz:
https://ebd.cda.pl/620x395/200325121d?autostart=1
Drewnica:
https://ebd.cda.pl/620x395/11472718b1?autostart=1
