Z dna oka Europa 9

 Europa 

Rozdział 9

Pożegnanie z Kosem

Platan Hipokratesa

Zanim sfinalizowałem mój projekt by osiąść w Kanadzie, spędziłem osiem miesięcy w Grecji - od listopada do lipca. Kraj ten znałem dość dobrze z dawnych tras do Aten, Pireusu, Volos i Janiny - wytwórnia kwasku cytrynowego do herbaty - "Dodoni" który jako kierowca „PEKAES-u” przywoziłem do Polski. Tym razem jednak stałem się pełnoetatowym rezydentem wyspy Kos i hotelu „Katia”. Dokładnie do pierwszego lipca - w sumie pół roku spędzone w pocie czoła na wyspie.

Z wyspy utkwiło mi kilka widoków np. kościół przy Agorze, gdzie często bywałem po owoce morza i jarzyny na którego portyku był namalowano typowy bizantyjski fresk przedstawiający świętego Marcina z żebrakiem. Najbardziej na fresku podobał mi się koń. We wzroku konia widać było zadowolenie - niczym zadowolonej panienki „po".

Święty Marcin i żebrak

Święty Marcin na świętego mi nie pasował - był za młody. Przyzwyczajony byłem do starszych świętych, na których widok żegnano się całując medalik na szyi. Nie siedział dobrze w siodle - możliwe, że nigdy na koniu nie siedział, nie sięgał strzemion. A żebrak... wypisz wymaluj uzmysławiał mi mnie - w drodze do ziemi obiecanej.

Czasem, jechałem skuterkiem na piwo i sprawdzić czy nadal jestem jedynym Polakiem na wyspie. W tym samym czasie z demoludów docierały wieści, że komuna mocno trzeszczy w szwach. Lud pracujący miast i wsi zapragnął wolności. Mur berliński jeszcze stał, ale w tych pamiętnych, pełnych uniesień końcowych latach osiemdziesiątych z wielkiej sceny odchodzili giganci polityki - Reagan i Thatcher. Nikt wtedy nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, co będzie po nich, kto przejmie stery i przypilnuje, by na świecie nie narobiono globalnego bałaganu.

Nagle telefon - Halina z „Lideryki” melduje, że kwity emigracyjne i ticket do Toronto z datą ważności na dwudziestego siódmego lipca czekają gotowe. A więc to już? - Gdzie moja czapka!

Siedzę późnym popołudniem przy antałku Retsiny pod pergolą, którą chłopskim sposobem i pomyślunkiem zmajstrowałem. Winorośl zdążyła się już pięknie rozrosnąć, rzucając kojący cień. Siedziałem tam z nimi wszystkimi jak z własną rodziną. Bo co tu kryć, człowiek poczuł autentyczną, głęboką więź z ludźmi, którzy jeszcze niedawno byli zupełnie obcy, a przyjęli mnie jak swojego. Plan był prosty: jutro lot do Aten, dwudziestego siódmego - Toronto. Pięknie! Oficjalnie zakończyłem etap jako świniopas i opiekun byków. Kostas patrzy na mnie ze smutkiem. Wiedział, poczciwiec, że traci sumiennego pracownika. Jego syn, Denis, niespecjalnie garnął się do pomocy ojcu. Młody miał ciekawsze zajęcia - pasjami rwał Skandynawki, wożąc je kładem po plażach, by wieczorem „beemą” zabrać trofeum na dysko.

Żal mi Kostasa. Nie potrafił wystrugać chłopaka na swoją miarę, ale cóż... takie jest życie. Maryja też spoglądała na mnie ze smutkiem. Pocieszam wszystkich i obiecuję, że gdy tylko obrosnę w pióra w tej mitycznej Kanadzie, na pewno ich odwiedzę.

Wieczór był zjawiskowy, powietrze pachniało miodem, cykady na piniach szalały jazgotem. Przy pożegnaniu babcia Anomaria cicho pochlipuje, Maryja też smutna. Ucałowałem babcię po rękach za tę jej dyskretną troskę, którą mnie otaczała. Maryję ucałowałem z dubeltówki - w podzięce za te wszystkie, kulinarne rozpusty, którymi dbała o mój metabolizm. Z Kostasem męski uścisk dłoni zostawiliśmy na lotnisko, na które mnie jutro odwiezie.

Jako że nie samym chlebem i pracą człowiek nie żyje, muszę wspomnieć o tym, co jeszcze spotkało mnie na Kosie. Wyspa liczyła wówczas około dwadzieścia tysięcy mieszkańców, wszyscy znali się tam jak w starej, dobrej parafii. Sezon turystyczny ruszał z kopyta pierwszego kwietnia i trwał do końca października. Któregoś dnia, po robocie, wsiadłem na skuter by zobaczyć słynny na cały świat platan Hipokratesa. W końcu to ojciec medycyny, a ja - choć zdrów jak ryba - uznałem, że wypada oddać mu pokłon. Drzewo jak drzewo, potężne i niesamowicie rozgałęzione.
Ale prawdziwa magia kryła się tuż obok. Po lewej stronie działał pub, do którego wszedłem na chłodne piwo i z cichą nadzieją na zaczerpnięcie wiedzy o tym historycznym miejscu.

Destina, która stała za ladą, była zdecydowanie bardziej atrakcyjna od platana i o całe wieki młodsza. Jednak to wiedzą o Hipokratesie totalnie mnie zaskoczyła - jak na barmankę, miała niezwykłą klasę i polot. Opowiedziała mi burzliwe dzieje wyspy, korzystając z faktu, że przed sezonem ruch był znikomy i miała mnóstwo czasu. W rewanżu ja oświeciłem ją w tematach, które dla niej były egzotyką. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. Zaoferowała, że pokaże mi inne sekrety wyspy i tak wylądowaliśmy w termach. Gorąca woda, zapach siarkowodoru... wspaniała rzecz, takie moczenie zmęczonego ciała. Po wyjściu człowiek czuł się tak lekki, jakby dostał skrzydeł. Trochę to wszystko pachniało specyficznie, ale kto by się przejmował takimi detalami.

I oto nadszedł moment pożegnania. Jadę pod platan Hipokratesa, do pubu, by pożegnać moją Afrodytę. Scenariusz mieliśmy sprawdzony: bierzemy jak zwykle dwie butelki różowego Imyglikos i jedziemy w stronę pobliskich źródeł Psalidi, żeby w szumie fal spłukać ciężar trosk, które zaczęły nas trapić. Tylko księżyc nie dopisał tego wieczoru - wisiał na niebie jako skromny, wąski sierp, jakby i jemu było żal.

Jadąc czułem, że jakby mocniej obejmowała mnie w pasie i bardziej przytulała do pleców, intuicyjnie czułem, że coś się z nią działo. Zawsze wesoła, skora do żartów i niewinnych kpin, teraz była dziwnie cicha, jakby bez duszy - oklapła i nieobecna. Leżąc na nagrzanym słońcem piasku, zaczęła mówić tak, jak nigdy przedtem. Zawsze traktowałem ją jak dobrego, serdecznego druha. Tymczasem ona, patrząc w gwiazdy, wyznała, że jej ojciec ma największą piekarnię na Kosie, wielką dyskotekę i dwa ogromne hotele. Zapytałem zaskoczony, dlaczego w takim razie pracujesz w pubie „Platani”, zamiast korzystać z rodzinnego luksusu.
- Ojciec kupił mi ten pub już dawno, bo chciałam pracować sama na siebie, na własny rachunek - odpowiedziała cicho.
- Dlaczego mi o tym mówisz? - zapytałem, czując rosnący niepokój.
Przytuliła się do mnie i rozpłakała jak mała dziewczynka, która rozbiła kolano i szuka ratunku. Uderzyla tym zachowaniem w męską melancholię faceta który wie, czego chce od życia, ale nie jest z kamienia. Żal - taki czysty, okrutny żal - ścisnął mi gardło. Dobrze, że panował mrok i nie mogła zobaczyć, jak moje łzy kapią w grecki piasek. Zrozumiałem wówczas, że zupełnie niechcący, swoją obecnością, ranię tę kruchą istotę. Objąłem ją mocno, mocniej niż ona mnie, próbując zatrzymać tę chwilę.

Nie wiadomo kiedy nastał świt, rozjaśniając horyzont. Samolot do Aten miałem o szesnastej. Z Kostasem umówiłem się na czternastą trzydzieści pod „Katią”. Leżeliśmy na plaży niemal do trzynastej. Oboje bez słowa przedłużaliśmy moment rozstania - moment, który musiał nadejść nieuchronnie. W głowie miałem zakodowany jeden, niezmienny cel - Kanadę. Tam zmierzałem i tam miała dojechać ta moja jedyna miłość, której oddałem serce i całe swoje życie.

Dla faceta takiego jak ja nie ma opcji, by zboczyć z raz obranego kursu.

Moja grecka Epopeja:
https://ebd.cda.pl/620x395/2996407794?autostart=1

Z dna oka Prolog

Z dna oka Prolog

Z dna oka - Europa 1

Z dna oka - Rozdział 1

Z dna oka Europa 2

Z dna oka Europa 5

Polska - Rozdział 2

Polska Rozdział 4

Polska Rozdział 3

Polska Rozdział 5

Z dna oka Europa 4