Z dna oka - Kanada 14

 Z dna oka 

Rozdział 14

Wszystko ulega zmianom...  


Tankując paliwo na stacji Shell, myślami już jestem w miejscu rozładunku w Seattle. 

Ruszam. Przede mną do pokonania jest ponad 3 tysiące mil, i to tylko w jedną stronę, a przecież jeszcze muszę tu wrócić. A biorąc pod uwagę, że w każdym trybie trzeba zmienić kierunek, będzie tego chyba więcej, niż „mówi” mapa.

Do 401 krótkimi skokami - na środkowy pas i w pedał. Za London prawie wszyscy „współplemieńcy” jadą do Stanów. Przed Windsor trzeba uważać (jakiś pech wisi nad tym odcinkiem highwayu) - w ostatnim zbiorowym wypadku straciło życie kilka osób, popalili się żywcem.

Mile mijają szybko, pogoda w normie, w CB na „polskim” kanale „razgawory”, włączam „łapcia”. Po czterech godzinach jazdy jestem w Detroit. Podaję celniczce na „kogucie” „kwity” - ta z uśmiechem życzy dobrej drogi. Robię sobie małą przerwę na rozprostowanie kości. Kawa zaparzona przez Rzegotkę w domu smakuje wyśmienicie. Obchodząc Horpynę wokół, sprawdzam opony i... czy wszystko wisi na swoim miejscu.

Ruszam dalej. Na prostej wstędze drogi z Detroit do Chicago - prócz wzmożonego ruchu aut - nie ma nic ciekawego. Po pięciu godzinach widać w oddali Chicago - drugie po Warszawie skupisko Polaków na świecie. Chicago, „stolica Polonii” nie tylko amerykańskiej, nigdy nie było prężnym ośrodkiem inteligencji polskiej. Nigdy tutaj nie osiedlali się wybitni twórcy polscy, ani nigdy nie udało się Polonii chicagowskiej dopracować rangi ośrodka polonijnego z zacięciem kulturalnym. Chociaż przebywały w nim wielkie sławy świata kultury - Henryk Sienkiewicz, Helena Modrzejewska, Ignacy Paderewski, a nawet Czesław Miłosz bywał tutaj zapraszany przez różne instytucje kulturalne. Nie wspominając o Feliksze Konarskim (popularnym Refrenie, twórcy Czerwonych maków), mieszkającym tutaj trzydzieści lat, a zmarłym w 1991. Tego twórcę Polonia miała na co dzień - co z tego wynikło, lepiej nie mówić, tym bardziej pisać.

Chicago od swojego założenia miało charakter robotniczy - nawet w odniesieniu amerykańskim. Słynęło w Ameryce z rzeźni, giełdy zboża, wykorzystywanych, ciężko pracujących emigrantów w fabrykach i hutach, natomiast nie z kultury. Chociaż to tutaj powstał pierwszy na ziemi amerykańskiej miesięcznik literacko-poetycki POETRY, ukazujący się do dzisiaj na przedmieściach, w miejscowości Evanston. Publikowali w nim swoje utwory najważniejsi poeci XX wieku języka angielskiego: T.S. Eliot, Ezra Pound, Carl Sandburg, Edgar Lee Masters i inni.

Omijając Chicago, kieruję się na Minneapolis. Nie lubię tych pustych przestrzeni za Minneapolis. Człowiek się nie męczy fizycznie, za to męczy go monotonia krajobrazu. Ciągle prosto i bez żadnych widoków, o które można by zahaczyć okiem. To najcięższa chyba droga w Stanach. Nie radzę się w nią wypuszczać temu, kto jest zmęczony. Można usnąć za kierownicą jak nigdzie indziej.

Kolejny punkt kontroli na wadze daje chwilową zmianę toku myślenia i zmienia kolejność ruchów, a także i napięcia. Ładunek jest w normie. Auto ok., Log Book (książka pracy kierowcy) wypełniona. Nie mam się czym przejmować, rozłożenie nacisku na osie prawidłowe. Jednak zawsze jest jakiś dreszczyk emocji. Nigdy przecież nie wiadomo, co może wpaść do głowy znudzonemu oficerowi na wadze. A może będzie mu się chciało oglądnąć dokładnie trucka, sprawdzić jego stan techniczny i a nuż „cuś” znajdzie? Jest takie powiedzonko truckerów: otóż dobry wagowy oficer stwierdzi defekt trucka, który jeszcze nawet nie został wyprodukowany. Co przypomina mi polskie powiedzenie prokuratorskie: „Dajcie mi człowieka, a znajdę paragraf”. Waga to władza.

Dostaję zielone światło i wracam na drogę. Mijam La Crosse. To tutaj w maju zginęło trzech kierowców. Czwarty - nie wiem, czy wyszedł ze szpitala. Oczami szukam śladów kolizji... trawa pokryła ślady tragedii.

Wreszcie jest Eau Claire. Mam już za sobą 14 godzin jazdy. Jest ciemna noc, odczuwam zmęczenie. Pomału zjeżdżam na truck stop. Ostrożnie wpasowuję się pomiędzy śpiące trucki. Tej nocy na pewno będzie spało mi się wygodnie. Moje łóżko zaścielone czystym prześcieradłem, wygodna poduszka i kołdra pomogą mi w tym. Zasypiam nim przytuliłem się do poduszki. 

Po pięciu godzinach budzi mnie wmontowany w mój mózg budzik. Ten cholerny budzik robi mi zawsze pobudkę, nim świt nastanie. I nieważne jest to, ile spałem. Rad nie rad, wstaję. Z podręczną torebką idę na truck stop obmyć się. Do mycia zębów zmusza mnie nawyk, ale nie mam już takiej siły, abym się zmusił do golenia. Kupiona w truck shopie kawa pozwala mi na świeższe spojrzenie na budzący się ranek. 

Następna dniówka przede mną. Zapis w driver's daily log book i... To tajemnica, że każdy kierowca trucka pracuje dłużej, niż odpoczywa. Jednak prawo jest prawem, a więc log book musi być z nim zgodny.

Po chwili z potężnych dwóch rur - schowanych za spoilerem nad kabiną - wydostaje się masa spalin. 500 KM rwie się do galopu. Horpyna rusza w drogę. Na drodze jest pusto i cicho. Tylko co jakiś czas z przeciwnej strony mijam się z podobnym do siebie truckiem. Pozdrawiamy się machnięciem dłoni i po kilku sekundach gubimy w głębi lusterek. Po czterech godzinach jazdy „tasiemiec” domaga się swojego. Fargo. Zjeżdżam na parking. Idę do restauracji coś zjeść.

Typowe śniadanie: jajka, szynka, kawa i... na asfalt. Minnesota jest nudna, North Dakota to już dno - jak północna Kanada. Po następnych 3 godzinach jazdy - Bismarck. To na chwałę Ottona von Bismarcka emigranci niemieccy nazwali to miasto. Anyway, mieli za co: zjednoczył Niemcy, stworzył Kulturkampf - czym Polakom mocno zalazł za skórę. Następne „niemieckie” miasteczko Belfield - bez „i/a” - i różnica ogromna, to w Westfalii jest ładniejsze...

Dojeżdżam do Miles City. Obiadokolacja, a przy niej pogaduszki z takimi jak ja - pyfko. Po powrocie do kabiny zaglądnięcie do laptopa, czy nie ma jakichś wiadomości. 

Krótka rozmowa z Rzegotką - „supplement news”, to staram się robić zawsze około 22:00 - taka niepisana umowa. Aaaaa... japa się drze... idę lulu w miłym nastroju, jutro wjeżdżam w inny krajobraz.

Co do pracy?
a. Log book prowadzę po kanadyjsku, w US z pomyślunkiem polskim.

b. Jeżdżę sprzętem szwedzkim - Volvo VN 770 (sentyment, jeździłem tą marką po Europie i BW, pracując w PEKAES S.A.) - wyprodukowanym w USA (Greensboro, North Carolina).

c. Do mediów podłączam się dzięki systemowi Logger Tool (moduł wysyła i odbiera wiadomości tekstowe w tym samym czasie, gdy przesyła informacje o lokalizacji pojazdu do biura). Mogę się komunikować z każdym, kto posiada ten system, tzn. przez satelitę. 

Przejeździłem 10 lat moją Horpyną milion siedemset tysięcy kilometrów. Czas for sell:

https://ebd.cda.pl/620x395/449609379?autostart=1

Pomyślałem, że już za bardzo mną prześmierdła - czas zmienić rodzaj roboty i warsztat na cuś innego. Obejrzałem Peterbilt 589 - nowy wybrałem:

https://ebd.cda.pl/620x395/31959214bd?autostart=1

Kupię pod zabudowę na „carcarriera”. Będę woził samochody z wytwórni do dilerów.

Wystarczy włóczenia się po dzikich krajach. Jazda wokół komina i troszkę gimnastyki się przyda, by brzuch nie urósł.

Test wypadł pozytywnie, wsio gra i harmoniuje. Dodali umywalkę bym mógł se rence i nabiał podmyć pod dachem a nie na zewnątrz, jak musiałem dotychczas.
Pitek zabudowany:










Za Horpynę - w ramach wymiany tyż dobrze mi dali - to prawda! Pieniądz dużo stracił na wartości. Przez dziesięć lat, traki podrożały o 60%, ba cóż, takie trendy. 

- Myślę, że moją torba podróżną tyż będzie happy:


To się lubi co się ma:
https://ebd.cda.pl/620x395/1145382424?autostart=1

Z dna oka Prolog

Z dna oka Prolog

Z dna oka - Myśli uczesane 4

Z dna oka - Polska 2

Z dna oka Europa 7

Z dna oka - Rozmyślania pod "pryśnicem" 14

Z dna oka - Kanada 13

Z dna oka - Kanada 10

Z dna oka - Kanada 12

Z dna oka Europa 4

Z dna oka - Kanada 8